#kosmos

30 października 2015, czyli dwa posty niżej postanowiłam zrealizować jeden z najbardziej dziwacznych pomysłów w swoim życiu. Właśnie sobie to uświadomiłam. Z jednej strony dokonałam swoistego aktu odwagi, a z drugiej strony chyba chciałam obudzić dawno uśpioną młodzieńczą nutkę szaleństwa. Niezależnie od tego, który motyw był w tej historii przeważający, jak w każdej opowieści ważny jest kontekst. Rzecz działa się stosunkowo dawno, dlatego proszę o wybaczenie jeśli pojawi się luka fabularna niegodna amatora sztuk blogopisarstwa. Zatem, do rzeczy!

To były jedne z najbardziej upalnych wakacji jakie pamiętam. Lato 2015, wyjazd na Off Festival do Katowic. Na OFFa wybierałam się w zestawie, który przeżył wiele, bowiem były to dawne współlokatorki z akademika (tak, to ten sam skład, który brał udział w akcji „the naked man”). Plan był taki, że wyjeżdżam do Katowic z Krysią w piątek rano, a Teresa dołączy do nas w Katowicach wieczorem. Już samo opuszczenie Warszawy nie było takie oczywiste. Źle wyliczyłam czas dojazdu do przystanku, z którego odjeżdżał autobus do Katowic, co w efekcie skutkowało tym, że jadąc metrem w myślach poganiałam maszynistę i obwiniałam go o to, że na stacjach stoi dłużej niż musi. Następnie musiałyśmy biec przez bazar na Wilanowskiej i dosłownie minutę przed odjazdem dotarłyśmy do Polskiego Busa. Do tego ten upał. Chyba nie muszę wspominać, że jak na prawdziwe festiwalowiczki przystało, koniecznie musiałyśmy zamieszkać na polu namiotowym. Upał 40 stopni, zero drzew, rozbijamy namiot. Śledzie stawiają opór, ale nie straszne nam przeciwności losu. Nawet na łące znalazła się skałka ogniskowa, która uratowała sytuację służąc na potrzeby chwili jako młotek. Jednak nie o tym jest ta opowieść.

OFF zaczynał się w piątek, kończył w niedzielę. Trzy dni, a w zasadzie noce muzycznych emocji. Za dnia jednak, patrząc na zaistniałe okoliczności przyrody nie było szansy zaaklimatyzować się i czerpać przyjemność z przebywania na polu namiotowym. Wręcz nie było to wskazane ze względów zdrowotnych. Szukałyśmy więc cienia i chłodu w różnych miejscach. Wśród nich była również kawiarnia w pobliskim centrum handlowym. Marzyłam o mrożonej kawie. Zresztą nie tylko ja, patrząc na dwudziestometrową kolejkę do lokalu. Cel jednak warty był zachodu. Chwila z zimnym napojem w atmosferze wszechobecnego rozpływania się to zdecydowanie coś, co warte było poświęcenia kilkudziesięciu minut z życia na stanie w kolejce. Minuty upływały, a kolejka leniwie przesuwała się do przodu. Gdy w zasięgu wzroku miałam już ladę, mogłam ocenić, że klientów obsługuje dwoje baristów – chłopak i dziewczyna. O ile nie do końca pamiętam postaci kobiecej w tym zestawieniu, to chłopaka pamiętam nadzwyczaj wyraźnie, nawet po tak długim czasie. Gdy tylko go ujrzałam wysokiego blondyna z włosami do ramion o przenikliwym uroku amanta, miałam cichą nadzieję, że to baristka obsłuży osobę oczekującą przede mną w kolejce. Amor zamroził ludzi oczekujących na złożenie zamówienia, a moje serce przeszyła strzała. Już wtedy wiedziałam, że będzie to nieodwzajemniona miłość, lecz ciężko jest siebie przekonać w takich sytuacjach, że nie ma sensu zaprzątać sobie głowy takimi próżnościami. Moje ciche marzenie się spełniło, natomiast stres zrobił swoje. Złożenie zamówienia w moim wykonaniu sprowadziło się do trzech zdań – Dzień dobry. Poproszę kawę mrożoną. Zapłacę kartą, dziękuję. Całe popołudnie po tym zdarzeniu biłam się z myślami. Przecież nigdy już nie spotkam tego chłopaka, tragedia. OFF A.D. 2015 się skończył, trzeba było wracać do Warszawy. Lato do ostatnich chwil obdarowywało ciepłem, aż w końcu przyszła jesień.

Koniec października 2015. Czas nie leczy ran, to bzdura. Siedząc w domu wciąż rozmyślałam o przystojnym bariście. Wyciągnęłam kartkę z zamiarem napisania listu. Oczywiście nie wiedziałam od czego zacząć, a co dopiero napisać coś sensownego. Ograniczyłam się więc do liściku do Szanownego Pana baristy o włosach koloru blond, w którym najładniej jak umiałam wyraziłam wdzięczność za kawę mrożoną i w ramach gościnności człowieka ze wschodu zaprosiłam na kawę do Warszawy. Wykaligrafowałam numer telefonu, zapakowałam do koperty i wysłałam pamiętnego dnia, w którym przyszło mi zmagać się z upokorzeniem natury technologicznej (patrz dwa posty niżej).

Kilka dni później dostaję smsa. Numer nieznany. Hej tutaj coffeejka. Dotarł Twój list i mamy pytanie – chodzi Ci o chłopaka czy dziewczynę? Aż mi ręce opadły. Odpisuję miło, że chodziło mi o chłopaka. I nastała cisza. Cisza, która trwa po dziś dzień. Telefon milczy, wspomnienie Katowic pomału zapisuje się w rozdziale historia, ale jedno się nie zmieniło. Wciąż wierzę w romantyczne historie. Może to naiwne, ale wciąż wierzę w magię małych rzeczy i gestów.

Rysunek bez nazwy

Odrobina magii

Chciałabym, żeby w PRAWDZIWYM życiu było więcej magicznych chwil. Takich małych przyjemnych szczegółów, które poprawiają nastrój.

Obudziłam się dzisiaj w złym humorze. Raz, że poprzedniego wieczora nie mogłam zasnąć, przekonana, że popsułam komputer, a dwa gdy już postanowiłam się otrząsnąć ze snu i zacząć funkcjonować, moja stopa nadziała się na leżący na podłodze ołówek. A więc wstałam, z przysłowiową dziurą w głowie i dosłowną dziurą w nodze.

Gdzieś po drodze był dzień, a potem był dalej dzień, ale zrobiło się ciemno. Po pracy poszłam z popsutym komputerem do serwisu. Było mi smutno, no bo tyle pieniędzy zainwestowałam w sprzęt a tu się popsuł nieborak. Kilkakrotnie próbowałam go reanimować, ale bezskutecznie. Wchodzę więc do serwisu i mówię: „Dzień dobry. Mam problem natury technologicznej. Komputer nie chce ze mną współpracować”. Wszystkie oczy dookoła zwróciły się w moją stronę. Wyciągam swojego MacBookaAir, włączam i mówię: „proszę zobaczyć, no nie działa!”. Pan serwisant nacisnął trzy klawisze i mówi do mnie: „ale co Pani konkretnie nie działa?”. Myślałam, że zakopię się pod ziemię. Na moje nieszczęście podłoga była cała w kafelkach. Cudowne uzdrowienie. Nie ogarniam tych technologii…

Byłam też na poczcie, a konkretnie uskuteczniłam najdziwniejszy pomysł jaki kiedykolwiek przyszedł mi do głowy. Naprawdę nie wiem skąd w mojej głowie bierze się tyle głupich pomysłów. A już zupełnie nie rozumiem dlaczego je realizuję.

A teraz słucham. Tylko muzyka trzyma mnie jeszcze w jednym kawałku.

Słodko-słony los

Dno. Tak się oczywiście tylko mówi, tymczasem gdyby można było naprawdę chodzić po dnie, to nie byłoby to takie złe.

Mniej więcej rok temu miałam okazję obejrzeć „Mommy” Xaviera Dolana. Do tej pory mam przed oczami scenę, w której jadący środkiem ulicy na deskorolce główny bohater rozpościera szeroko ręce sprawiając, że ekran uwalnia się z klaustrofobicznej formy kwadratu. Wszystko to dzieje się przy dźwiękach „Wonderwall” Oasis. W filmie był to jedyny moment pełnej radości i zadowolenia z życia. Na 2h20min filmu przypadły całe 4 minuty szczęścia.

Zupełnie jak w życiu…

Magister imprezuje

Czas akcji – dzisiaj po południu (wtorek). Przychodzi SMS informujący, że w minioną sobotę o 3:46 (a raczej już niedzielę) zamówiłam książkę w księgarni internetowej i jest do odbioru. Nie wiem jak to się stało, ale w sumie się ucieszyłam. Imprezowanie w wieku starczym coraz lepiej mi wychodzi.

Bezsenność

Strach przed urzędem skarbowym jako organem państwa polskiego nie daje mi żyć. Boję się niezrozumienia, VATu, kontroli, deklaracji, transakcji zagranicznych… A przecież na dobrą sprawę nie zaczęłam jeszcze przygody z rachunkowością i podatkami.

==== ==== ==== ==== ==== ==== ==== ====

Gombrowicz popełnił Pornografię. Obserwował, dużo myślał i bez skrupułów przelewał to wszytko na papier. Też tak chcę, wyrażać siebie. I nie bać się podatków, to przede wszystkim.

Depresja

Szanowny świecie, kosmosie, bycie,

Dlaczego kontrolerzy biletów komunikacji miejskiej (potocznie zwani kanarami) kasują swoje bilety zaraz po wejściu do autobusu? Czyżby ZTM nie udzielił im dyspensy?

Niczego już nie rozumiem.

2 kg pozdrowień,
prawie magister DZ.P.

Chanel No. 5

Aleje Jerozolimskie, okolice palmy. Idąc przed siebie po pasiastym podłożu, zapaliło się czerwone. Przystanęłam na wysepce. Przed moim ufnie spoglądającym w przyszłość wzrokiem poczęły śmigać rozpędzone auta, za plecami żegnającymi z sentymentem błędy przeszłości przejechał tramwaj. Stoję, czekam. Czekam na zielone. Nagle podchodzi do mnie rumuński człowiek, odchyla klapę marynarki i ukradkiem pokazuje mi zafoliowane pudełeczko z imitacją perfum Chanel No. 5.
CZŁOWIEK: 80 zł i są Pani, w sklepie takie same kosztują 500 zł
Ja: Szanowny Panie, czy ja wyglądam na osobę, która używa nędznych podróbek perfum?
I poszłam sobie, bo zapaliło się zielone.
Jestem okropnym człowiekiem.