Miesięczne archiwum: Maj 2009

Żal

Dzisiaj rano (czyt. około godziny 13:36) do mej głowy wpadła myśl. Otóż zachciało mi się pograć w Audiosurf’a. Już miałam wszystko ładnie przygotowanie, palce rozćwiczone, pełna koncentracja. Byłam już nastawiona psychicznie a tu się okazuje, że mój wysłużony komputer nie jest w stanie uruchomić tej gierki – mięczak. Przeklnęłam w myśli i pogodziłam się ze swym nieszczęściem.

Wszystkich fanów Gucia pragnę poinformować, że dnia 31.05.2009 zginął on śmiercią tragiczną. Sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia. Cień podejrzenia pada na psa sąsiada. Śledztwo w toku. Póki co w mym domu rodzinnym panuje żałoba, a łzy rozpaczy leją się strumieniami.

Do radości dnia dzisiejszego mogę zaliczyć fakt, że rozgryzłam do końca zagadkę The Cryptic Canvas.

Eklektycznie

Ostatnio często słyszę, że eklektyzm jest w modzie. Chyba jednak to prawda… (choć nie zawsze: pamiętajcie – nie należy łączyć biedronkowego Michel’a z innymi trunkami =]) Ja jako niewiasta zdystansowana wobec wszelkiego intelektualnego dystansu spróbuję skleić to co siedzi obecnie w mojej głowie (stan rzeczywisty na godzinę 18:13).

1) Mam mieszane uczucia do książki pt. „Numer 10″. Sue Townsend to oczywiście znakomita pisarka, ale w tym wypadku brakuje tu tego ‚czegoś’ co bez wątpienia zawiera „Adrian Mole”. Może za wcześnie na wnioski (nie doszłam jeszcze nawet do 50 strony). Mam jednak zamiar dobrnąć do końca. Są dwie opcje: rozczaruję się jeszcze bardziej albo nastąpi nispodziewany przełom.

2) Doszperałam się całkiem przez przypadek do strony brytyjskiego magazynu filmowego „Empire”, który z okazji dwudziestej rocznicy swego powstania zamieścił łamigłówkę. Cała zabawa polega na tym, że na podanym obrazie trzeba znaleźć, odgadnąć i wpisać tytuły 50 najlepszych (według magazynu „Empire”) filmów ostatnich 20 lat. Polecam – naprawdę dobry trening dla szarych komórek i zwojów mózgowych. Mi jeszcze zostało do odgadnięcia 32 tytuły, ale jestem na dobrej drodze =]


http://www.empireonline.com/crypticcanvas/

3) Szukam wszędzie i odnaleźć nie mogę nowej płyty formacji The Syntetic (aka Miszcz Pavarotti aka Nagi Szopen aka Człowiek Widmo). Póki co nie poddaję się. Jak to mówi pewna osoba: trzeba być twardym a nie miękkim. O!

4) Kolejne teksty w moim małym plebiscycie…

 a) – Mój wujek uprawiał kulturystykę, ale był mały i brzydki…

 b) – Polska scena muzyczna przypomina mi puszkę po kawiorze – nie ma ikry.

 c) – Co to?
     – Pewnie ktoś zahamował, bo słyszałam ryk silnika

Date With The Night

Nigdy do końca nie rozumiałam idei płakania w poduszkę. Może było to spowdowane tym, że tak naprawdę nigdy nie miałam ku temu większych powodów. Dzisiaj zrozumiałam (dokładniej to około 2 w nocy), a przyczynił się do tego fakt, że nie spałam, a jak nie spałam to oglądałam film (The Notebook). Wcześniej ogladałąm inny, ale tytułu nie pamietam, gdyż był beznadziejnie nieprzyswajalny. Wracając do idei płaczu w poduszkę… Wzruszyłam się i płakałam jak bóbr – taki poruszający film… Oglądałm jak zwykle rozwalona na łóżku i łzy same wsiąkały w poduszkę (zanim się zorientowałam, że chusteczki leżą pół metra dalej to poduszka była już mokra). I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że płacz o 2 w nocy jest fajny. Patrzysz sobie za okno, a tam nikogo nie ma. Możesz sobie wyjść na balkon w piżamie i nikt cię nie zauważy (w 95,9%). Co więcej, wtedy przychodzą najlepsze pomysły i myśli. A ta cisza przerywana wściekłym ujadaniem psów… Lubię nocne życie.

Trainspotting

Po obejrzeniu tego filmu doszłam do wniosku, że nigdy nie sięgnę po heroinę. Nie będę pisać recenzji. Jeżeli ktoś jest zainteresowany to odsyłam do recenzji funkcjonujących w sieci (tudzież innych – nie bądźmy zmknięci na inne źródła).
Najlepszy jest koniec filmu. Główny bohater dochodzi do wniosku, że nie chce być już ćpunem, chce być normalny:

Dlaczego to zrobiłem?
Mam milion odpowiedzi. Niestety fałszywych.
A poważnie,to jestem złym człowiekiem. Muszę się zmienić.
Więcej czegoś takiego nie zrobię.Sprzątam po sobie i w drogę.
Wybieram życie. Nie mogę się już doczekać.
Będę jak inni.
Praca, rodzina, zajebisty TV, pralka, samochód, kompakt,otwieracz do puszek, dobre zdrowie, dobre żarcie,ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór i torba, garnitury, samodzielność, teleturnieje, niejadalne żarcie, dzieci, spacery, etat, golf, czysty wóz, szafa swetrów. Święta z rodziną, emerytura, zwolnienie podatkowe,
pogodna starość i życie… aż do śmierci.


Buddha machine

Odkrywanie licznych funkcji różnych nowinek technicznych jest wpisane w życie niemal każdego współczesnego człowieka. Bawiąc się swoim telefonem, empetrójką tudzież iPodem łatwo zapomnieć, że słuchanie muzyki to czynność głęboko duchowa. Całe szczęście, że ktoś zatroszczył się o to, żeby podtrzymywać duchowy charakter tej jakże wyjątkowej chwili.


A Budda siedzi i przysłuchuje się tym wszystkim fałszom i zawodzeniom…

Jeśli jeszcze Boga w sercu macie, kupcie sobie radio z duszą, zanim te bezduszne czasy zamienią Was w maszyny!

Maski

Ostatnio nawiedzają mnie dość często wspomnienia z przeszłości. Wiem, przynudzam niemiłosiernie, ale jak komuś się nie chce czytać to niech zaprzestanie na tym zdaniu. Ostrzegam dzisiaj będę prała brudy z okresu gimnazjalnego. Mam nadzieję, że nie czyta tego nikt z mojej byłej klasy =] Dobra, zaczynam…

Cała historia czerpie początek w projekcie realizowanym w ramach lekcji techniki. Projekt polegał na tym, że klasę dzieliło się na grupy i każda z grup miała zrobić dokumentację i zrealizować projekt dowolnie wybranej ‚rzeczy’. Nom, niby proste – zaiste powiadam, że takie to proste nie było. Kontynuując… Ja znalazłam się w grupie (powiedzmy sobie szczerze) mało kreatywnej, więc jak zwykle to bywało w takich projektach musiałam o wszystkim myśleć i wszystko robić. Na pierwszym spotkaniu mieliśmy wybrać ‚rzecz’, która miała być później obiektem naszych badań. Wyszło na to, że upieczemy tort, a efekt (jako dowód rzeczowy) zaniesiemy  nauczycielce i klasie do skosztowania. Papierkową robotę odwaliliśmy dość sprawnie, ale problemy zaczęły się kiedy mieliśmy piec ciasto =] Oczywiście nie mogliśmy go kupić, bo każdy by się poznał. Nie jestem w stanie z perspektywy czasu powiedzieć dlaczego grupa głupich czternastolatków wybrała najtrudniejszy przepis w całej książce… Aga G. miała upiec ciasto, a paciochy z masy mieliśmy robić u mnie. No i upiekła – miało być ciasto bez mąki, ale jej mama powiedziała, że na pewno w przepisie jest błąd i upiekła z mąką. W przepisie błędu nie było, ale jakoś to później zapacialiśmy, że nie było widać. Przy reszcie nikt nam pomóc nie chciał. Ciekawe co by było gdyby Sanepid dowiedział się, że ten niepozorny torcik był robiony brudnymi łapami….No nic, to jeszcze takie straszne nie było. Najwięszy ubaw mieliśmy jak smarowaliśmy nasz torcik masą ( masa = surowa margaryna + nieugotowany budyń ). Ale co tam, nie było tego widać, gdyż Anecia zadbała żeby chociaż na zewnątrz był ładny. Nasze dzieło zanieśliśmy do szkoły. Nikt chyba nie jest w stanie opisać moich uczuć, gdy te ognisko salmonelli wszyscy jedli ze smakiem (na czele z nauczycielką). Co dziwne, nikt nie miał później problemów żołądkowych (przynajmniej nic nie słyszałam o takowych).

w oparach absurdu

Polscy politycy są jak dzieci. Niby powinni być poważni i trzeźwo myślący, lecz ich zachowanie do tego nie dąży. Przykład rzeczywisty: dzisiejsze posiedzenie Sejmu. Jedna wielka szopka. Mogę zrozumieć odmienne poglądy na niektóre sprawy, ale tego, że w instytucji wysokiego szczebla urządza się bitwy na słowa, miny i czyny – to jest chore. Ciekawe kto wybrał nam takich polityków… Czyżby nasi rodacy byli aż tak głupi?

Świat opowiedziany

W swoim życiu byłam dwa razy w szpitalu. Pierwszy raz to standardowo jak każdy. Później trafiłam do tej placówki mając 6 lat (słownie ‚sześć’). Pamiętam dokładnie, że miałam sześć lat, ponieważ działo się to podczas mojej edukacji przedszkolnej. Do dziś pamiętam ‚instalowanie’ welflonów w sieci moich naczyń krwionośnych. Niebieskie były fajniejsze, bo tak nie bolało przy wkłuwaniu, jak było to w przypadku żółtych welflonów. Z mego ówczesnego pobytu pamiętam trzy rzeczy. Po pierwsze to, że było mi przykro patrząc na przedszkony plac zabaw kiedy moi ziomale z piątej grupy budowali zamki w piaskownicy (przedszkole znajdowało się naprzeciwko szpitala, więc wszystko widziałam przez okno). Po drugie, pamiętam jak dnia pewnego przy porannym obchodzie pielęgniarka rozdawała termometry w celu zmierzenia temperatury organizmów niewolników szpitanych. Pragnę zaznaczyć, że nie były to elektroniczne termometry (jeszcze w UE wtedy nie byliśmy), były to zwykłe rtęciowe urządzenia pomiarowe. Dostałam również i ja jeden egzemplarz. Pielęgniarka miała przyjść za jakiś czas i zanotować pomiary. Póki co wyszła. I tego momentu to chyba nie zapomnę nigdy. Termometr popsułam, a dokładniej pobiłam. Rtęć zmieniła stan skupienia i zmieniła się w kuleczki wędrujące po szpitalnej podłodze. Na szczęście nikt tego nie widział. Później przyszła pielęgniarka. Co miałam jej powiedzieć? Powiedziałam, że taki już dostałam wcześniej (tj. popsuty). Chyba uwierzyła. Trzecią rzeczą jaką pamiętam z pobytu w szpitalu to to, że gdy zachodziło słońce i robiło się ciemno w całym budynku panowała horrorowa atmosfera. Na oddziale dzieciecym dało się to szczególnie poczuć. Zwłaszcza, gdy sześcioletnie dziecko leży w jednej sali z grupą dwunasto, trzynasto i piętnastolatków. Gdy wszyscy chorzy i umierający ludzie pogrążali się we śnie zaczynały się opowieści. Pamiętam niektóre z nich. Pamiętam, że strasznie bałam się wystawić nos spod kołdry. Najlepsze horrory kręcone w Hollywood nie zobrazują tego, co usłyszałam w tamtym czasie w szpitalu. Świat opowieści, obrazów i słów potrafi głęboko wyryć się w pamięci.