Miesięczne archiwum: Sierpień 2009

Czajnik, pogoda i malinowy chruśniak

Zrobiłam dzisiaj pierwszy krok ku dorosłości: kupiłam czajnik elektryczny. Zapraszam więc za miesiąc na herbatę, kawę tudzież inne ustrojstwo (albo i wcześniej jeśli ktoś mocno by chiał mnie odwiedzić…). Proszę tylko nie zwalać się hurtowo bo owy czajnik mieści w sobie jedynie 1 litr cieczy zwanej wodą. Po czajnik  wybrałam się rowerem i muszę powiedzieć, że zmarzłam porządnie w nos (niby godzina 19, a zimno jak cholera). Co się dzieje to ja już nie mam pojęcia… Jak sobie przypomnę moje niedawne wieczorowe wypady na rower, to aż tęsknota serce ściska za lipcowymi ciepłymi wieczorami. Ale podoba mi się zachód słońca w odcieniu czerwono-pomarańczowym i poranne mgły(jadąc samochodem człowiek czuje się jak niewidomy). Dodam jeszcze, że strasznie boli mnie brzuch od śmiechu. Zadbało o to dwóch młodzieńców, którzy usilnie próbowali zwrócić na siebie uwagę, tak że w rezultacie ledwo na nogach się trzymałam. Na koniec dzionka pozostaje mi tylko wskoczyć pod ciepłą kołderkę i obejrzeć jakiś fajny film ;)

Werbung

Wujek Googiel szaleje. Oto porcja reklam na dziś:

=> Jesteś geniuszem czy nie?( Sprawdź swoje IQ! Czy należysz do elity?) – nie jestem, więc po co się dołować =]
=>
Zarabiaj 300€ dziennie (Darmowa i sprawdzona metoda. Zacznij zarabiać już dziś!) – kusząca oferta, ale chyba nie skorzystam
=> Koncert Dżem (Zobacz Dżem na żywo! Sprawdź gdzie i kiedy zagra Dżem) – czy ja kiedykolwiek słyszałam jakąś piosenkę Dżemu?
=> 2minuty.pl (Blog o produktywności, motywacji i organizacji czasu pracy) - z lenistwa nikt mnie chyba nie wyleczy, „Potęga podświadomości” próbowała, ale niestety się nie udało…

————————————————————————————————————————————–
Boli mnie serce (dosłownie). Źle się czuję. Może czas się do lekarza wybrać?

Ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie

Jutro znowu muszę zadzwonić do tej wrednej babki w dziekanacie. Podobno USOS jest gorszy od personelu uczelnianego, ale jakoś trudno mi uwierzyć w to, że może być coś gorszego. Ostatnim razem jak dzwoniłam, to niewiasta z takim oburzeniem odebrała i jeszcze się niewiadomo za co na mnie wydarła (dzwoniłam jeszcze parę razy wcześniej, ale wtedy to nikt nie odbierał, bo przecież trzeba urlop wykorzystać… niech sobie biedny student kombinuje). Na polibudzie przynajmniej mili panowie by mi wszystko powiedzieli jasno i wyraźnie… ale zachciało mi się na UW iść, więc muszę się przyzwyczaić do tego, że nikt nic nie wie, a terminy należy traktować jako przybliżone. Po prostu super, żyć nie umierać.

(Hę, normalne jest oglądanie w wieku lat 18 i 3/4  „Czarodziejki z Księżyca”?)

Człowieka uduchowionego nędzna dola

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nikt mnie nie rozumie. Człowiek chce tu trochę kreatywności uwolnić, a w zamian ludzie gapią się na Ciebie jak na idiotę (troszkę przesadziłam z tymi ludźmi, bo jak narazie tylko mama wyśmiała mój pomysł, ale zapewne większość mojego małomiasteczkowego społeczeństwa tak by zareagowała). A planuję zrealizować projekt street artowy, który ozdobi wkrótce ścianę akademika (którego jeszcze nie dostałam, ale żyję w nadziei, że dadzą mi zamieszkać w tym przedwojennym przybytku). Wiadomo, że nic nie zastąpi mojego kochanego pokoju, ale będę musiała się szybko otrząsnąć, bo niedługo będę w nim bywać gościnnie. Napewno będę tesknić za dobrami duchowymi i kulturalnymi, które zasilają moje półki i ściany (dużo ze sobą nie przemycę, gdyż metraż przyszłego królestwa nie zapowiada się ciekawie). Wracając do mojego projektu… Będzie to coś w rodzaju plakatu, ale plakatem to nie będzie. Zapowiada się dużo wycinania i klejenia (co jest zresztą moją wielką pasją już od czasów przedszkolnych). Niebawem coś więcej o tym skrobnę, a póki co muszę pójść do sklepu i zaopatrzyć się w zestaw małego rozrabiaki =]

(pragnę uspokoić wszystkich: ten wieloryb nie ma żadnego związku z moim projektem (no może minimalnie), spodobał mi się i jakoś tak się wkleił przez przypadek =])

To ja złodziej

Po niedzielnym obiadku u babci wracam do domu, a tam niespodzianka… Podobno po naszym ekskluzywnym osiedlu (polska wersja Wisteria Lane) przechadzał się nieznany typ bez żadnych przejawów owłosienia na głowie. Sąsiad twierdzi, że to złodziej, bo podobno strasznie dokładnie oglądał pobliskie posiadłości stojąc pod czteroletnią brzozą rosnącą na trawniku przed moim płotem. Ten sam sąsiad przypuszcza, że ten złodziej na jego widok ukrył się w pobliskich krzakach (ile w tym prawdy nie mam pojęcia). Jednakże fakty mówią za siebie: nic nie zginęło, wszystko jest na swoim miejscu. Obawa jednak pozostała (oglądałam ostatnio American X History i ogolone głowy źle mi się kojarzą).

Pokolenie neo

Jestem genialna. Po pokonaniu wielu przeszkód wreszcie doprowadziłam wszystkie komputery do stanu używalności co oznacza mniej więcej tyle, że przechytrzyłam neostradę i mam Internet. Chyba jednak dobrze postąpiłam rezygnując ze studiowania informatyki. Jakby mi przyszło wszystko w takim tempie robić to może bym studia zakończyła za osiem, dziewięć lat ;)

Chata wuja Toma

Chata wuja Toma to domek. Tłumaczę od razu na początku żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. Jest to posiadłość położona mniej więcej 12 km  od Łosic. Luksusów w niej nie zaznamy, ale za to pełni ona doskonale funkcję rekreacyjno-wypoczynkową. Zbudowana z drewna sosnowego około 3 lata temu doskonale wpisuje się w krajobraz równin podlaskich, a hebanowe drzwi (tylko z koloru heban przypominające) są niczym kropka nad „i” w całej konstrukcji. Koniec opisu ogólnego.

Dlaczego chata wuja Toma? Na to pytanie raczej odpowiedzi nigdzie znaleźć nie można, ponieważ nazwa ta zaistniała pewnego dnia w dwóch głowach poddanych intensywnemu promieniowaniu słonecznemu. Okazało się jednak, że nazwa ta nie jest zbytnio innowacyjna, gdyż na mojej półce znajduje sie książka o takim samym tytule (było to niemałe zaskoczenie gdy fakt ten został odkryty). Niedaleko chaty wuja Toma znajduje sie chata wuja Toma 2, nazywana niekiedy niebieską stodołą, ale o tym miejscu można by książkę napisać, więc wspomnę tylko o tym iż istnieje ona w rzeczywistości.

To tak przedstawiałaby się okoliczność przyrody, w której ćwiczę rolę młodego wieśniaka. Kiedyś mam zamiar zostać stastystą i nigdy nie wiadomo w kogo przyjdzie mi się wcielić.

Ta uprzejmość jest podejrzana…

Zapewne zginę marnie w Warszawie. Jest to oczywiste patrząc na to jak załatwiam sprawy w moim mieście rodzinnym – gdzie nie zajdę tam od razu wielka żenada się dzieje. Nie moja wina, że się wysłowić nie mogę (a może i moja…). Zapewne to przez ten natłok myśli. Tak, to musi być to. No nic, mistrzem mowy polskiej nie zostanę, ale przynajmniej ludzie będą mieli jakieś urozmaicenie w pracy ;)

Na poczcie była ‚kilometrowa’ kolejka, bo oczywiście tylko jedno okienko może być czynne (w innych okienkach widnieją tylko informacje, że stanowisko jest nieczynne, a całą tą wypowiedź podsumowano jednym słowem: Przepraszamy. Aż chce się wziąć długopis i dopisać pod spodem: Proszę). Ale na poczcie nie to mnie zainteresowało. W kolejce stał przede mną człowiek w podeszłym wieku. W ręku trzymał kule. Z tego co zaobserwował mój zmysł wzroku sądzę, że przybył zapłacić telekomunikacji polskiej haracz za telefon. Człowiek ten na długo przed swoją kolejką zaczął wyciągać z kieszeni rachunek i pieniądze (ciekawa jestem gdzie ten staruszek wydzwania, bo rachunek miał prawie na stówę…).  Znalazłszy owe rzeczy położył to wszystko obok siebie, a sam chyba trochę przysnął. Pojawia sie pytanie: czy owy człowiek nie słyszał o złodziejach? Starzy ludzie są dziwni.

Dzisiaj żegnam się ze starym komputerem. Trochę żal serce ściska, ale trzeba iść z duchem czasu. Jedno mogę powiedzieć: nauczyłam się dzięki niemu cierpliwości =]

Working Class Hero

Byłam w pracy. Jestem umęczona jak zwykle, ale do ‚zwykle’ dzisiaj dołączam upiorny ból głowy. W sumie 10 godzin pracy robi swoje. Przez ten czas po mej głowie chodziło wiele myśli, takich dziwnych i takich zupełnie normalnych (z miażdżącą przewagą tych dziwnych), a pomiędzy tym wszystkim śpiewała mi się piosenka. Często tak mam, że jakaś pieśń mi wleci do głowy i wyjść nie może. Po prostu jest i koniec. Zazwyczaj są to piosenki głupie i robią mi na złość nie przechodząc w zapomnienie. Dzisiaj piosenka głupia nie była. Fakt, podniosła ani zbytnio innowacyjna też nie jest, ale ma to coś. I dobrze że mi się śpiewała cały dzionek, przynajmniej nie popadłam w nudę bezkresną =]

what’s that sound? 
I like that sound 
I love that sound
It’s the sound of my shoes