Miesięczne archiwum: Listopad 2009

O malowaniu paznokci

Przed chwilą naszła mnie myśl: pomaluję sobie paznokcie. W sumie to nic nadzwyczaj górnolotnego. Rzekłabym nawet, że to czynność wpisująca się w codzienne życie każdej szanującej się kobiety. No więc pomyślałam: a pomaluję sobie pazurki! Wybrałam kolor czerwony, ale w sumie sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że nie miałam wielkiego wyboru…(żółty / fioletowy/ czerwony/ czarny). W ramach eliminacji pozostała soczysta czerwień wpadająca w bordo. Pomalowałam paznokcie u ręki lewej i żeby nie marnować czasu na suszenie, zaczęłam coś na komputerze prztykać. Oczywiście zanim lakier zasechł porządnie zdążyłam wszystko wypaćkać na czerwono i rozmazać sobie dokumentnie to co przed chwilą tak starannie malowałam (a prawa ręka jeszcze nie tknięta…). Zanim zabrałam się za prawą rękę pomyślałam, że jak już narozrabiałam to pozmywam zapaćkane przedmioty póki nie zaschnie na amen. Skierowałam wzrok na zmywacz i zamarłam w bezruchu. W buteleczce nie ostała się ani kropla magicznego płynu… Ostatecznie pomalowałam sobie pazurki także u prawej ręki (co nie było łatwe, bo po zaistniałym incydencie ręka mi się niemiłosiernie trzęsła). Spojrzałam na efekt ze zrezygnowaniem i stwierdziłam, że w sumie nie jest tak źle… Najwyżej będę jutro cały dzień chodzić w rekawiczkach. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba…

Przegląd tygodniowy (3)

„Job, czyli ostatnia szara komórka”
Początek obiecujący, reszta taka sobie. Jak na polski film nawet miejscami jest śmiesznie ;)

„Dzienniki motocyklowe” (aka „The Motorcycle Diaries”)
Zamożny student medycyny wraz ze swoim kolegą postanawiają wyruszyć w podróż motocyklem wzdłuż Ameryki Łacińskiej. Podróż rozpoczeli w Kordobie, by po wielu miesiącach dotrzeć do Caracas. Tak w dwóch zdaniach można by przedstawić fabułę. Miejscami film przypomianł dla mnie programy Cejrowskiego, co w sumie oceniam na plus. Drugi plus przyznaję za świetną rolę zagraną przez Gaela Garcię Bernala (tak, jeszcze mi się nie znudził). A po trzecie daję plusa za fenomenalny scenariusz. I tu chyba zakończę słodzenie ;) Reszta nie dobija, więc myślę, że warto film obejrzeć.

„2012″
Do tej pory zadaję sobie pytanie: dlaczego w filmach katastroficznych zawsze wszystko musi być tak beznadziejnie szablonowe? Od pierwszych scen wszystko się wali, zapada i sypie na głowę. Całe miasta giną, ale najważniejsze jest to, aby uratować paru głównych bohaterów (no bo w sumie bardziej ich szkoda niż innych porządnych obywateli). Najśmieszniejsze wydało mi się to, że żywioł zawsze podążał za nimi: ziemia się zapadała tak, żeby zdążyli uciec itp. W pewnym momencie byłam skłonna zasnąć. Zaintrygowały mnie jedynie „super-nowoczesne” arki ewidentnie ściągnięte z Biblii (słonie, żyrafy i inne stworzenia żywe oprócz „ludzkich wybrańców” też w niej schronienie odnaleźć mogły). Czekałam z niecierpliwością, aż na koniec filmu wypuszczą gołębia żeby przyniósł im zieloną gałązkę na znak końca żywiołu, ale niestety sie nie doczekałam i poszłam spać z wielkim żalem. Doszłam do wniosku, że tylko Amerykanie są skłonni wymyślać takie rzeczy

Public Enemies” (aka „Wrogowie Publiczni”)
Historia o najsłynniejszych amerykańskich gangsterach lat 30tych, którzy trudnili się obrabowywaniem banków i zwiewaniem z więzień. Dużo strzelanek, obowiązkowe czarne Fordy i przewijający się wątek miłosny: trzy podstawowe elementy. Ogląda się bardzo dobrze, a Johnny Deep po raz kolejny udawadnia, że nie jest tylko „ładnym aktorem”. Osobiście film barszo mi się podobał i nie wykluczam, że znajdzie się na mojej liście najlepszych filmów tego roku.

„The Last House on the Left” (aka „Ostatni dom po lewej”)
Jest sobie pwenego razu idalna rodzina. Ojciec lekarz, matka nowoczesna gospodyni i nastoletnia córka. Żeby nie było tak idealnie wprowadzono wątek zmarłego syna. Są przy kasie, więc stać ich na parę domów. Na wakacje wyjeżdżają do leśnej posiadłości, gdzie oprócz domu, w którym mają mieszkać posiadają również domek gościnny (!). Dziwnymi splotami wydarzeń ich losy łączą się z drugą rodziną – tym razem bardziej porąbaną (ze skłonnościami do zabijania wszystkiego co się rusza). Suma sumarum porządna rodzina wybija (dosłownie) w całości porąbaną rodzinę i w rezultacie nie ponoszą za to żadnych konsekwencji. Co wiecej porządni obywatele nie okazują żadnych wyrzutów sumienia, co mnie zdziwiło. Wszystko w tym filmie jest tak przewidywalne jak to, że po zimie jest wiosna. Każdy przedstawiony przedmiot w późniejszych scenach odegra jakąś rolę. Jednak mimo całej tej schematyczności film trzyma w napięciu, więc nie jest jeszcze tak tragicznie.

No Diggity

Po pierwsze… Wreszcie nauczyłam się obsługiwać bankomat. Alleluja! Oczywiście nadal podchodzę do niego z dystansem (zresztą jak do większości urządzeń mechanicznych, z których korzysta więcej niż jedna osoba. Po spotkaniu pierwszego stopnia z takimi co się samo zasuwają drzwiami [o ironio! dlaczego zawsze ja] lepiej zachować wszelkie środki ostrożności), ale drukowanie stanu konta wychodzi mi już bez większych przeszkód. Metoda małych kroków okazała się zbawienna. Z drugiej strony… To, co mi bankomat wypluł jako mój domniemany stan rachunku jest jakimś żartem. Aż strach pomyśleć jak zakpi ze mnie życie 1 kwietnia…

Po drugie… Kłamstwo mi nie wychodzi. Muszę na kimś poćwiczyć. Ktoś chętny?

Po trzecie… Potrzebuję pilnie korepetycji z matmy. Powiadam: im więcej tytułów przed nazwiskiem twego nauczyciela, tym większy mętlik powstaje w tępej głowie. Myślę, że zwykły magister więcej by mnie nauczył niż  dr hab., prof. „Ż”, a regułki z ksiażki to ja też przepisywać potrafię O!

Po czwarte… To co prezentuje współczesna telewizja jest wprost żałosne.

Po piąte…  Chyba już zakończę tę bezsensowną wyliczankę…

Ad. Tytułu…  czyli Klaxons coverują…


Klaxons – No Diggity (Blackstreet Cover)



fabryka dźwięku z muz

Jestem egzystencjalnie przytłoczona bólem istnienia. Stos rzeczy do zmywania rośnie, w lodówce zamiast ubywać jedzenia zapasy się powiększają (czego już  zupełnie nie rozumiem…). Wypiłam gorącą czekoladę, przeczytałam książkę („Małe zbrodnie małżeńskie” – polecam), obejrzałam film, ogarnełam też trochę Podstawy Funkcjoniowania Przedsiebiorstw… a teraz mi smutno. Smutno mi ponieważ siedzę w samotności i nie mam do kogo pomilczeć, bo na rozmowę nie mam siły ani ochoty. Po prostu pomilczeć.
(Spokojnie, jeszcze nie popadam w depresję)

Aha i polecam odwiedzenie strony
http://www.fdm.net.pl/

Można tam zamówić zupełnie za darmo nowiuśieńkie płyty. W pakiecie są: New Century Classics: „Natural Process”, Zerova: „Hello Tree”, i Popo: „Go Upstream”. A co najważniejsze płyty te można mieć za darmo. Jedynym kosztem na jaki narażona jest nasza kieszeń, to koszt przesyłki. Ja już swoje egzemplarze zamówiłam (chociaż nie powiem… nieźle się nachodziłam żeby dokonać przelewu za przesyłkę =]). Teraz czekam już tylko na listonosza ;)

Curse This City

Mam umysł zamulony i nie jestem opisać żadnej z moich „rozlicznych przygód”, które mnie ostatnio spotkały. Panie i Panowie: dzisiaj historii ani anegdotki nie będzie. Będzie za to piosenka (jeden z wielu smętów, których ostatnio słucham dopasowując się do zamulonego umysłu) O!


Przegląd tygodniowy (2)

„(500) Days of Summer” (aka „500 dni miłości”)
W zasadzie nie przepadam za komediami romantycznymi i filmami o miłości. Jednak trzeba być na czasie i wiedzieć co wokół zające ćwierkają, więc obejrzałam „(500) Days of Summer”. A co! Fajnie opowiedziana historia, dużo zabawnych momentów (i nie były to żenujące żarty, chociaż nie grzeszyły także inteligencją… ale zaiste nie można mieć wszystkiego). Suma sumarum oglądałam z zapartym tchem.
Następnego dnia rano stwierdziłam, że w sumie film był niezły, ale nie zmienia to faktu, że jest to jenak „amerykańska komedia romantyczna”. Jednak w przeciwieństwie do większości amerykańskich produkcji tego typu nie jest ona przeznaczona tylko dla idiotów i płaczliwych nastolatek.

„Coco Chanel”
Czytałam kiedyś książkę „Kolekcja” Gioi Diliberto
. Opowiadała ona o życiu krawcowej pracującej dla Coco Chanel. W książce Coco przedstawiana była jako wredna suka, która się wszystkiego czepia i ma do wszystkich pretensje, a tu proszę… Filmowa Chanel jest miła, uprzejma i kochliwa. Tylko upartość pozostała w tym samym natężeniu.
Jest to film z 2008 roku (nie mylić z „Coco Avant Chanel” z Audrey Tautou w roli głównej) i aż dziwne wydaje się to, że w XXI wieku tak niedbale podchodzi się do kwesti ubioru i strojów w filmie o modzie (przede wszystkim). Były kapelusze, garsonki, kostiumy w pasy… Nawet przemknęły perfumy Chanel No.5… ale gdzie się podziały słynne sukinie wieczorowe Chanel? Chyba słomiane kapelusze zajęły zbyt dużą częsć filmu i po prostu nie starczyło na nie czasu.

„Spread” (aka „Amerykańskie ciacho”)
no comment

„Winged Creatures” (aka „Skrzydlate cienie”)
Typowy film o skutkach użycia broni palnej. Na początku krew, a później wkraczają urazy na psychice. Reżyser chciał chyba nakręcić drugiego „Słonia”, ale trochę mu nie wyszło. Przyznam się nawet do tego, ze miejscami trochę przysypiałam. Film daje radę, ale nic ponad to

„Paranormal Activity”
Na pierwszy rzut oka
amatorski film o duchach, coś na kształt horroru. Bohaterami są Katie i Micah – typowa amerykańska para mieszkająca razem. Niestety Katie nawiedza w nocy demon (co już powinno mnie wystraszyć, ale niestety jakoś mnie to nie wzruszyło), który trzaska drzwiami, zapala światło itd. Micah postanawia być mężczyzną w tym związku i kupuje kamerę co by nagrać niewidzialnego przestępcę. W sumie dla niego to dobra zabawa i chyba przez to, że praktycznie nie okazuje tego, że się boi film nie jest w ogóle straszny. Jak dla mnie w ogóle pozbawiony grozy horror wiejący nudą.


„The Boat That Rocked” (aka „Radio Rock Revolution” /
„Pirate Radio” / „Good Morning England”/ „Radio na fali”/ „Radio Łódź”)

Film o angielskich pirackich rozgłośniach rock’n'rollowych. Bardzo dobrze obrazuje jakie były początki brytyjskiej muzyki niezależnej. Radio Rock nadawało z … łodzi, pływającej wokół Wielkiej Brytanii, a załodze statku i jednocześnie ekipie statku przyświecało hasło „Drugs, sex & rock’n'roll. Głównym wątkiem filmu jest walka z brytyjskim rządem o legalność nadawania radia, które stało sie żywą legendą i słuchała go większość brytyjczyków.
W sumie to był
to wielki początek nielegalnych rozgłośni radiowych tyle, że w
późniejszych latach aż po dziś dzień rozgłośnie nie znajdowały się na
łódkach
. Wszystko
działo się na blokowiskach, w piwnicach i na strychach. W jakimś
wysokim miejscu wystawiało się nadajnik i wchodząc na czyjąś
częstotliwość zaczynało się transmisję
. Obecnie sercem takich nielegalnych wyczynów jest wschodni Londyn. Ach… i własnie dlatego UK jest ok.

Bardzo fajny film.

Kamp!

Anecia, ale z Ciebie młotek… Praktycznie nie ma dnia żebym nie wypowiadała tego zdania (na głos lub w głębi duszy, częściej jednak w głębi duszy niż na głos).
Bardzo jestem zakochana ostatnimi czasu w brzmieniu zespołu Kamp!. Moja fascynacja jest o tyle wielka, że potrafię sobie w środku nocy pod nosem mruczeć (tudzież śpiewać- jak kto woli, aczkolwiek mój śpiew śpiewu nie przypomina co bardzo komplikuje proces zdefiniowania zjawiska zachodzącego o późnych porach nocnych acz przed pierwszym pianiem kura). Tydzień temu w sobotę grali w warszawskiej Hydrozagadce (jak ja kocham to miejsce!). Chciałam iść oddać się fali różnorakich brzmień będących miodem na moje uszy, płynących z małej ale jakże efektywnej hydrozagadkowej sceny (co udowodnili już wcześniej Łąki Łan i Masala). Byłam już w stanie poświęcić te 5 złotych na bilet, ale w tym momencie wkroczyły inne zawichrowania, które powstały w mej małej ograniczonej główce…
Wmówiłam sobie, że muszę się uczyć (kolos z mikro i matmy w poniedziałek, oczywiście później się okazało, że matmy nie było a mikro jakoś zaliczyłam). Bardzo śmieszna argumentacja – przyznaję. Jak już sobie to wbiłam do głowy, zaczęłam sobie inne wymówki wymyślać…
- a to, że na Pragę daleko
- bandyci czyhają na każdym rogu
- w nocnych może być tłok jak będę wracać
- za oknem jest okropna pogoda, a ja parasolki na wypadek nagły nie posiadam
- będę musiała budzić pana Krzysia z recepcji żeby mi drzwi otworzył (moja karta magnetyczna jest jakaś zrypana i nigdy nie działa kiedy trzeba, a jak już działa to w bramce w spożywczaku wywołując niemiłosiery pisk)
- dzień wcześniej byłam w hydro i powinno mi już wystarczyć
- na pewno Kamp! jeszcze zawita do Warszawy na koncert (np. jak Jadłodajnię Filozoficzną odremontują po pożarze)
I w ten oto sposób wybiłam sobie z głowy wyprawę na koncert Kamp! Teraz żałuję i to bardzo. Eh… Anecia, ale z Ciebie placek…



Dominos

Odkryłam nowe głębie w swojej osobowości. A wszystko to poprzez teatr. Chyba będę cześciej bywać na sztukach, szczególnie na tych współczesnych. Muszę częsciej wygrywać bilety do teatrów…

Jadąc do Teatru Studio, który mieści się w  Pałacu Kultury dostrzegłam sytuację, która sprawiła, że przez chwilę zastanowiłam się nad swoim żywotem i wysnułam krótką refleksję o śmierci. Gdy autobus stał na czerwonym wyjrzałam za okno i na tzw. pasie zieleni między pasami ruchu dostrzegłam człowieka leżącego na murawie, nad którym pochylała się służba zdrowia, a wokół krążyła policja. Owy człowiek był reanimowany. Ten widok tak we mnie głęboko zapadł, że nie mogłam opędzić się od myśli typu: co by było gdybym ja tam leżała…  To był straszny widok.

Znalazłam świetny sposób na zarobek. Jak zgarnąć 50 zł? Odpowiedź jest prosta: wysyłasz przepis do magazynu „Super Senior” i 5x dychaczu jest w Twojej kieszeni ;) Problem jawi się jednak jeden… nie sprecyzowali na co ten przepis ma być…

If I don’t live today, then I might be here tomorrow

Na plus:
- nauczyłam się pływać żabką i jednocześnie nie łykać hektolitrów chlorowanej wody;

- wykłóciłam w Dziale Obsługi Klienta pewnego hipermarketu niesłusznie naliczone 51 groszy do mojego paragonu, które mi po mej dość długiej mowie zwrócono (ale paragonu za to mi nie oddali… brabarzyńcy);

- kupiłam sobie płaszcz zimowy (jak ja nie lubię łazić po centrach handolowych i przymierzać dziesiątek… setek… tysięcy… ciuchów. Nie wiem jak inni, ale ja dostaję po piętnastu minutach oczopląsu…);

- spotkałam w autobusie linii 401 miłość mojego życia (zdecydowanie!) aczkolwiek moje uczucie zostało brutalnie przerwane wraz z opuszczeniem autobusu cztery przystanki dalej… a było tak pięknie, nawet się do mnie parę razy uśmechnął…

Na minus:
- jestem niewyspana i przysypiam kiedy tylko przestaję powstrzymywać swoją wolę przetrwania w stanie użyteczności społecznej

- pendrive’a mi wcięło gdzieś…

- internetowy katalog jednej z bibliotek do których należę przestał cudownym sposobem działać i za żadne skarby świata nie mogę sprawdzić czy nalicza mi się już kara

- za dużo myślę