Miesięczne archiwum: Grudzień 2009

Sekrety niedokończone

Właśnie
skończyłam oglądać „The Proposal” (film podobał mi się, i to nawet
bardzo) i mam ogromny problem z zapadnięciem w sen. Przerzucałam się
jakąś godzinę z boku na bok i stwierdziłam, że to nie ma sensu. W sumie
to dobrze się stało, bo w nocy mogę sobie pomyśleć o życiu. Wtedy jest
taka szczególna aura. Noc jest taka cicha i pełna pomysłów. W tle sobie
słucham Kosiorka i jest przyjemnie. To było na tyle. Może reszty lepiej
nie czytać.

Jakoś tak się zrobił ostatni dzień roku, ot tak po prostu. Zaczął się
trochę w smutnym nastroju, bo dosłownie przed chwilą dowiedziałam się,
że Pszczółka Maja nie jest Polką tylko Japonką. To była dla mnie wielka
trauma i już zauważam u siebie pierwsze oznaki załamania nerwowego.
Dobrze, że przynajmniej Zbigniew Wodecki jest Polakiem, chociaż z
drugiej strony to nigdy nic nie wiadomo na 100%…
Jestem
tradycjonalistką, tyle jestem w stanie powiedzieć o sobie po 19 latach
z kawałkiem. Wielu ludzi mówi o tym, że w ostatnim dniu starego roku
powinno się robić wszystko porządnie, by w nowym roku „się szczęściło”.
I w sumie również ze względu na to posprzątałam w pokoju, odpaliłam
nagrywarkę, zwolniłam trochę gigabajtów na dysku, odpaliłam Odkurzacz i
zdefragmentowałam dyski. Generalnie to mało istotne sprawy, ale zawsze
coś.
Rok 2009 oceniam na plus (i to taki z większych). Nie wszystko miało
być tak jak jest, ale w sumie wyszło to tylko na moją korzyść. W
styczniu zdałam Prawo Jazdy, a moja głowa była zaprzątnieta najpierw
Studniówką, a później już tylko praktycznie maturą. Jak sobie teraz o
tym myślę, to wydaje sie to takie odległe i bardzo dziwne. Chodzenie do
Liceum jest jednak zupełnie innym światem niż moje obecne wyczyny.
Jednakże mimo różnych zgrzytów i mało przyjemnych sytuacji, czasy mojej
łosickiej edukacji wspominam dobrze. Fajnie było wychodzić z domu za
dziesięć ósma i zmierzać do szkoły zgarniając po drodze dobrą
koleżankę. W szkole sie narzekało, uciekało z informatyki, notowało
teksty M. na fizyce i jakoś czas płynął. W ramach przygotowań do matury
chodziłam na Rosyjski i matmę. Ah ten stres, gdy nie zrobiło się
wszystkich zadań dla Marii… U „Iwanownej” była inna atmosfera, ale
możnaby opowiadać o tym godzinami. Przyszedł koniec roku szkolnego i
pożegnanie klasy + mohera. Tego jakoś mi nie brakuje szczególnie ;)
Później matura, której byłam święcie przekonana, że nie zdam. Jak się
później okazało jak zwykle to tylko moje głupie ględzenie, a maturę
zdałam. Od dwóch lat szykowałam się na Politechnikę i z nią wiązałam
swoją przyszłość. I w tym miejscu życie dało mi takiego kopa, że teraz
jeśli nie musze to nic nie planuję. Pomimo tego, że na Polibudę sie
dostałam, ostatecznie wylądowałam na Uniwersytecie Warszawskim. I w
sumie chyba dobrze, że się stało tak a nie inaczej. Najdłuższe wakacje
w życiu okazały się za krótkie i znowu trzebabyło wracac do nauki, tym
razem w Warszawie. Okres przystosowawczy przeszłam dosyć opornie i
muszę przyznać, że chwilami było naprawdę cieżko. Raz, że brakowało mi
starych śmieci, a dwa, że na UW żadnej znajomej twarzy nie ujrzałam
(jak na złość większość znajomych twarzy, które wylądowały w stolicy
studiuje na Politechnice). Życie w akademiku okazało się przyjemne:
zero karaluchów, nieliczne imprezy, „dobrzy i szlachetni” ludzie
(których oczywiście z tego miejsca pozdrawiam).
W mojej głowie z uciekającego coraz szybciej starego roku zagnieździły
się pewne hasła i sytuacje. Na pewno należy do nich chata wuja Toma,
zadyma w wiśniowym sadzie… ale również przywilej „niesprzątania” w
domu (no bo przecież maturę mam w tym roku i nie mam czasu na takie
błahostki =]).
Rok kończę jednak z obawą, która towarzyszy mi już od jakiegoś czasu.
Nęka mnie przekonanie, że nie uda mi się, że nie dam rady. Trudno mi
się zmierzyć z tym wewnętrznym przekonaniem, chyba będę musiała
ponownie sięgnąć po „Potęgę podświadomości” ;) Mam nadzieję, że to przejściowe zjawisko. Nie ma innej opcji: będzie dobrze. Nadal będę dobrym człowiekiem.

Podsumowanie filmowe

Generalnie jest radość. No bo jak nazwać uczucia rodzące się w mej duszyczce, gdy nawiedza Cię osoba z torbą pełną… No właśnie… Jak by napisać co było w przepastnej torbie, żeby żaden organ państwa polskiego nie poczuł się urażony… Hę, trudne zadanie…

Przejdźmy zatem do podsumowań. Dzisiaj pastwię się nad filmami AD 2009. Tak naprawdę to się kompletnie nie znam, bo w życiu jeszcze za mało widziałam, żeby móc się wypowiadać. Na pewno wiele osób się lepiej zna ode mnie, lecz muszę sobie zanotować gdzieś swoje przemyśenia i filmowych faworytów by nie dusić tego w sobie po pierwsze, a po drugie po to aby  kiedyś gdy będę stara i brzydka obejrzeć sobie coś dobrego na poprawę humoru. Mam nadzieję, że jednostki czytające moje wypociny może jakoś przeżyją ten brak kompetencji.

W tym roku według mnie ukazało się o wiele mniej dobrych filmów w porównaniu z rokiem poprzednim. Ale nie jest źle, mogło być gorzej. I tak znalazły się takie cuda, w których zakochałam się od pierwszej sceny =] A wygląda to mniej więcej tak:

           1) Inglourious Basterds <3
           2) Public Enemies
           3) The Boat That Rocked
           4) Tatarak
           5)
Królik po berlińsku
           6) District 9
           7) Los Abrazos rotos
           8) Zombieland
           9) La Teta asustada
          10) Ugly Truth

Nie mogę zapomnieć o wspomnieniu zacnego „Dead Man”. Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty 2009 ni jak nie jest, ale muszę to napisać… Panie Jarmusch, odmienił Pan moje życie…

„Stupid, fucking, white man”


[I chyba już każdy wie, co było w przepastnej torbie ;)]
          
          

Podsumowanie 2009: Single

Życie w ciągłym towarzystwie dźwięków jest piękne. Oczywiście cisza też potrafi zachwycić, ale na dłuższą metę żyć sie w niej po prostu nie da (a gdy ciszy się naprawdę potrzebuje, to wtedy ktoś z premedytacją zaczyna Ci na dole brzdelękać na pianinie…). Wczoraj zaprezentowałam zestawienie moich ulubionych płyt wydanych w 2009 roku, a dzisiaj przyszła pora na single. Uważam, że należy rozdzielać albumy od singli w podsumowaniach. Single są równie ważne, a kto wie, czy nie ważniejsze. Nie każdy musi lubić słuchanie czegś od deski do deski. I tutaj wkraczają właśnie single. W Polsce rynek singli nadal jest w opłakanym stanie, ale nie w tym rzecz. Każdy i tak sobie załatwi, to co potrzebuje ;) (ja ze swojej strony nie muszę chyba zaznaczać jaką rolę w moim życiu odgrywa słowo „singiel” =])

          1) The Big Pink – „Dominos”
          2) Basement Jaxx – „Raindrops”
          3) Yeah Yeah Yeahs – „Zero”
          4) Biffy Clyro – „The Captain”
          5) Phoenix – „Lisztomania”
          6) Kid Cudi
(feat. MGMT & Ratatat) - „Pursuit of Happiness (Nightmare)”
          7) White Lies – „Farewell to the Fairground”
          8) Arctic Monkeys – „Cornerstone”
          9) La Roux – „Bulletproof”
         10) Friendly Fires – „Skeleton Boy”

Top 20 Albums Of 2009

Powoli zbliża się koniec roku, więc tradycyjnie to czas na podsumowania i robienie różnorodnych zestawień, porównań, rankingów itp. itd. Jak co roku swoje podsumowanie zaczynam od zestawienia najlepszych wydanych płyt. W tym roku trochę tego było i przyznam szczerze, że były momenty, gdy miałam wielki dylemat. Sidików wyszła cała masa i cieszy fakt, że były to w znakomitej większosci dobre wydawnictwa. Oby tak dalej. Niestety (a może i stety) listy moich ulubionych albumów nie dało się zamknąć w magicznej liczbie 10, więc postanowiłam ją trochę rozciągnąć i tak powstał tasiemiec, który możśna ujrzeć poniżej. Wybór był trudny, gdyż wybierałam z ponad 90 pozycji (które i tak były bardzo skromną, ukróconą wersją listy pierwotnej). A więc kończąc tą gadkę-szmatkę przejdźmy do konkretów…

          1) Yeah Yeah Yeahs – „It’s Blitz!”
          2) White Lies – „To Lose My Life”
          3) Florence & The Machine – „Lungs”
          4) Phoenix – „Wolfgang Amadeus Phoenix”
          5) Wave Machines – „Wave If You’re Really There”
          6) The XX – „The XX”
          7) The Big Pink – „A Brief History of Love”
          8) Neon Indian – „Psychic Chasms”
          9) Benzyna – „Benzyna”
         10) Röyksopp – „Junior”

         11) Jamie T – „Kings and Queens”
         12) The Prodigy – „Invaders Must Die”
         13) Arctic Monkeys – „Humbug”
         14) Metric – „Fantasies”
         15) Franz Ferdinand – „Tonight: Franz Ferdinand”
         16)
The Qemists – „Join The Q”
         17) La Roux – „La Roux”
         18) The Horrors – „Primary Colours”
         19) Calvin Harris – „Ready for the Weekend”
         20)

Jack Peñate – „Everything Is New”

Rzecz o prawdzie

Prawda jest taka, że…

że szkoda gadać.
Nudzę się po prostu.
Jako człowiek, który osiągnął już maksymalny stan najedzenia
 okrzyknięto mnie „męczennikiem świąt” .
Przygłupawy film świąteczny też zaliczony,
więc…
teraz pozostało już tylko czekanie  na wrednych kolędników.

Wesołych Świąt

W związku z tym, że święta jednak raczyły przyjsć chciałabym życzyć wszystkim wiernym i tym mniej wiernym czytelknikom tego bloga wszystkiego najlepszego i wesołych świąt. Słowa pisane nie są moją mocną stroną, więc żadnego wierszyka przy tej okazji nie stworzę. Jednakże moje życzenia są szczere i płynące  z głębi mojej jakże zawiłej duszy.
Julian Beever

                                           Julian Beever
                                           więcej na:
http://users.skynet.be/J.Beever/

23.12.2009

Kupienie nowego kalendarza z jednej strony jest chwilą radosną.
Puste, niezapisane strony aż się proszą żeby coś fajnego na nich naskrobać
tudzież przemilczeć kwestie kłopotliwe, niewatre zapisu.
(takie jak np. pierwsza w życiu sesja)
Ale kiedy kolejny kalendarz pojawi się na półce,
by zastąpić go nowym (z założenia lepszym)
człowiek uświadamia sobie, że już nigdy nie będzie chodził do zerówki,
nigdy nie będzie chodzić do szkoły muzycznej,
nigdy nie będzie w klasie maturalnej,
nigdy już nie wróci się do tego co było.
Można się starać, ale już nigdy nie będzie tak jak kiedyś.

Postanowiłam nie zmieniać przeszłości.
Czas wykreować lepszą przyszłość.
Bo w sumie nic co było spieprzyć bardziej nie mogę,
mogę się tylko postarać by nie spieprzyć tego co będzie.

Don’t Shoot Me Santa

No dobra, dosyć już narzekania na świeta. Trzeba odnaleźć jakieś pozytywy…
1) w święta żaden karp pływający w wannie nie będzie mnie straszył podczas mycia zębów (siłą rzeczy żyć już wtedy nie będzie…)
2) można będzie sobie ostro poleniuchować
3) uwielbiam zabawę w chowanego przed kolędnikami, jak się zbliżają zwycięża ten kto pierwszy zgasi światła w domu =]
4) śpiewanie kolęd w kościele – yeah, przynajmniej tam nikt mi w głos nie zarzuci, że fałszuję ;)
5) pstrykanie fotek przy szopce na wielbłądzie (co to się będzie działo…)
6) konsumpcja opłatka, mniam ;)
7) czas spędzony z rodziną – bezcenne…

A w ramach stworzenia odpowiedniego nastroju postanowiłam zamieścić
moją osobistą selekcję piosenek świątecznych. Nie będą to jednak pieśni
do znudzenia znane i podobno lubiane, lecz coś ze świata podziemia
(aczkolwiek niekoniecznie, zależy jak się na podziemie spogląda…).
Załóżmy, że to selekcja alternatywna. O! (kolejność losowa) enjoy =]

a) The White Stripes – Candy Cane Children
b) The Darkness – Christmas Time
c) The Flaming Lips  – Christmas at the Zoo
d) Manic Street Preachers – Ghost of Christmas
e) The Raveonettes – Come On Santa
f)  Band of Horses – The First Song
g) Blitzen Trapper – Christmas is coming soon
h) The Killers – Don’t Shoot Me Santa
i) The Wombats – Is This Christmas?
j) Tenacious D – The 12 drugs of christmas
k) Florence and the Machine – Last Christmas

Television

Dlaczego zawsze w tygodniu poprzedzającym święta wszystkie media trąbią do znudzenia o bezdomnych, dzieciach z domów dziecka, biednych i o męczonych zwierzętach (chociaż o maltretrownaiu zwierząt zawsze się coś znajdzie…). Oprócz tego można usłyszeć o oszustwach i kolejkach w sklepach, korkach na mieście i chuliganach, którzy w ramach rozładowania swojej złości i wyrażenia tym samym swojej niechęci do świąt potraktowali Mikołaja kijem bejsbolowym. Wynikiem tego czynu jest to, że świety został pozbawiony głowy, a na prezenty nie mamy co liczyć w tym roku (uszkodzenia okazały się niestety nieodwracalne… :( ). Pomiędzy tą dość zróżnicowaną papką jest jakieś pół godziny reklam i znowu zaczyna się wszystko od początku…

W chwili obecnej mam szczerze dosyć świąt.

Brudny śnieg

Skończyłam czytać „Zdobyć Woodstock” i nie padłam na twarz z zachwytu. Film obejrzę zapewne w niedalekiej przyszłości, ale z tego co wyczytałam w książce wnioskuję, że nie będzie to coś co mnie zachwyci. Teraz trzymam w ręku kolejną książkę, którą mam zamiar… hmm.. przeczytać? Nie, to chyba nie jest dobre określenie. Chociaż czasem na trochę tekstu natknąć się można. Mianowicie biorę się za lekturę noweli graficznej Martina tom Diecka „Niewinny pasażer”. Prawie jak czarno-biały komiks z tą tylko różnicą, że książkę tworzą same obrazki, więc trzeba będzie się dobrze przyglądać, żeby coś zrozumieć. Fajne jest w tym to, że w takich historiach pozostawiono miejsce do własnej interpretacji, więc będę mogła sobie odpływać myślami ;)

Nie lubię zimy, bo po pierwsze jest zimno, a po drugie… jest zimno. Z utęsknieniem czekam roztopów i morza wody na chodnikach pochodzącej z topniejącego śniegu. Wolę człapać po roztapiającym się śniegu niż uprawiać jazdę figurową na schodach do metra. O!

Ale Mikołaj może przyjść. Nie mam nic przeciwko…