Miesięczne archiwum: Marzec 2010

On Melancholy Hill

Korzystając z prawa głosu przytoczę rzeczy, które na pewno każdy już doskonale zna i nie są one jakimś wielkim odkryciem, ale warto na nie trochę czasu poświecić (no może z wyjątkiem ostatniej pozycji).

Po pierwsze jak widać na obrazku załączonym obok jest to nowa płyta wirtualnego projektu Damona Albarna i Jamie Hewletta, znanego w szerszych kręgach jako Gorillaz. Dla osób, które mają jeszcze w pamięci hity i stylistykę z „Demon Days”, nowe dzieło może trochę zaskoczyć. Jest to płyta, na której praktycznie na każdym kroku odczuwa się klasyczny powiew świeżości przemieszany z rapem. Ale to nie wszystkie eksperymenty, które wymyśliła i stworzyła wyobraźnia wokalisty Blur. Jak się dobrze ucho do głośnika przystawi, to usłyszymy także libańską orkiestrę symfoniczną, Snoop Dogga i muzyków The Clash. Mieszanka stylów wyszła jednak zdecydowanie na dobre. Krążek tchnie świeżością, przez co z każdym kolejnym przesłuchaniem uzależnia coraz bardziej. Good stuff.

Drugą płytę, którą osobiście bardzo lubię i polecam jest debiut brytyjskiego tria Chew Lips pt. „Unicorn”. Generalnie rzecz biorąc jest to album utrzymany w stylistyce indie electropopu, aczkolwiek dość przyjazny wokal uspokaja nieco atmosferę, co  daje bardzo ciekawy efekt końcowy. Co prawda piosenek, które wpadają w ucho jest niewiele, aczkolwiek jak myslę zespół celowo zburzył klasyczną metodę polegającą na tzw. bezpiecznym froncie i z całą pewnością wypłyniecie na ocean muzycznych możliwości było dobrym ruchem. Nie ma co się rozpisywać, trzeba posłuchać.

A na koniec film. Dzieło wybitnie głupie i chyba nikt się nie obrazi jesli zdradzę rąbek tajemnicy i opowiem troszkę o nim (zakładam, że nikt się nie skusi na tak zacne dzieło=]).
Źródła powiadają, że to horror
, film jakich mało. Zgadzam się w stu procentach! Mało kto jest w stanie stworzyć gniota, który jest tak beznadziejnie stylizowany na górnolotne dzieło grozy przez co w efekcie wykazuje większe podobieństwo do komedii niż do horroru.
Film zaczyna się od sceny pary jadącej samochodem: ona blondynka, on udający znającego się na życiu inteligenta. Wracają autem z psychiatryka, bo ona miała małe problemy ze sobą. Ale jest już prawie ok. Rozmawiają. Jak się wsłuchałam w to co mówią, to leżałam ze śmiechu. Retorycznie pytam: Kto pisał ten scenariusz i dialigi? Przykład? proszę bardzo ;)
ONA: - Ojciec pracował przy robienu map. Jak nazywają się ci co je rysują?
ON:   - Kartografowie?
W daleszej części filmu pojawia się klaun psychopata. Tutaj impreza zaiste się rozkręca ;) Błazen łapie ofiary i sadza je na ofoliowanym fotelu (no bo szkoda byłoby, gdyby się przypadkiem zabrudził…). Osoby siedzące na tym fotelu drżą całe w spazmach i wiją się jak opętane. Do tej pory nie jestem w stanie pojąć dlaczego, przecież klaun bawił się tylko balonikiem… Może bali się tych karaluchów co po podłodze zasuwały. Nieodgadnione. Gdy klaun już podszedł do opfiary by zrobić jej krzywdę już nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Jednak po chwili i tak postawiłam na śmiech ;) Aktorstwo w Torment jest wręcz na poziomie -1. Już zwłoki lepiej wczuwają się w rolę. Pod względem aktorstwa zdecydowanie najlepiej wypadły karaluchy, one przynajmniej były naturalne…

Ex-post facto

Istnieje coś takiego na świecie jak szczęście w nieszczęsciu. Ktoś dzisiaj rzekł: to prawda fatum jest nieodłączną cześcią twojego życia, ale ty ciagle coś wygrywasz. W związku z tym aktywa równają się pasywom i jest ok. Nie zgodziłam się z tą opinią, gdyż ostatnio wygrałam tydzień temu, a przez ten czas moje kolano zostało obmacane w autobusie przez chłopca wiekiem nie wykraczającym 3 lat (jak nie panowie po czterdziestce, to dzieci…), w sklepie zawsze się przede mną przy kasie taśma z paragonami kończy lub kasjerka nie może wbić kodu i sobie spacerki robi, a ja stoję i czekam patrząc jak rzesze ludzi spokojnie odchodzą z zakupami. W kserze jak nie tusz się kończy drukując moje mądre stronice, to papieru braknie. Już nie wspomnę o tym kto chodzi co tydzień na makro do tablicy… Tak mogę wyliczać w nieskończonosć. Pytam co do diaska jest ze mną nie tak? Za jakie grzechy? Przecież dobrym człowiekiem jestem. Nie wdaję się w bójki, nie niszczę przyrody ani mienia publicznego.
Naprawdę już mam tego serdecznie dość. Tak sobie rozmyślałam nad moim położeniem i jak grom z jasnego nieba dochodzi do mnie wiadomość, że wygrałam płytę, piątą w tym miesiącu. To było zupełnie niechcący, tak jak zresztą wszystko czego się dotknę. W sumie jako nadal pełnoprawna nastolatka mogę sobie pozwolić na parę aferek, ale bycie młodym minie i co wtedy? Chciałabym chociaż miesiąc przeżyć we względnym spokoju. Bez żenady i bez wygranych. Po prostu egzystować.

Happy Birthday

Jak już zaznaczyłam wcześniej dzisiaj jest międzynarodowy dzień Działaczki Podziemia. Święto zostało ustanowione z racji tego, że owy blog nie jest już taki młody i dzisiaj obchodzi pierwsze urodziny. Powiem szczerze, że nie przypuszczałam, że kiedyś dojdzie do tego wydarzenia. Doszło i jak widać mój zapał nie jest tak słomiany jak mogłoby się wydawać. W tym miejscu przydałoby się jakoś to wszystko podsumować. Nie leży jednak w mojej naturze działanie szablonowe, więc część wspominkowa nie zostanie opublikowana. A więc rodacy:

Let’s dance to Joy Division
and celebrate the irony
!

Books from boxes

Zastanawiam się już przeszło od godziny, co oznacza sentencja, którą dzisiaj zanotowałam na wykładzie: „często ludzie umawiają się na tzw. twarz”. Gdybym była bardziej rozgarnięta napisałabym chociaż czego owo zdanie dotyczyło. A tak zostało mi szukanie interpretacji na własną rekę. No chyba że ktoś będzie tak wspaniałomyślny i mnie oświeci ;)

Koniec rozprawy o krętych drogach mej edukacji. Przejdźmy do meritum (albo coś na kształt meritum).

1) Oglądałam wczoraj „Fantastycznego Pana Lisa”. Ta animacja naprawdę daje radę. Jest zabawna, przewrotna, a pod względem wizualnym wręcz genialna. I tutaj nasuwa się pytanie: dlaczego Oscara dostał beznadziejny „Odlot” a nie Mr. Fox? Czy ludzie jeszcze mają oczy?

2) Po długich namysłach doszłam do wniosku, że muszę sobie znaleźć nowe hobby. Problem polega tylko na tym, że nie mam zielonego pojęcia czym mogłabym się zainteresować…

3) Dwa sezony Battlestar Galactica za mną. Już się boję (może lepiej pasuje w tym miejscu określenie: zamartwiam/jestem ciekawa, ale nie wnikajmy w szczegóły) co będzie w trzecim sezonie…

4)Jutro międzynarodowy Dzień Działaczki Podziemia, więc nie można mi w tym dniu dokuczać.

5) No dobra czas zrobić coś pożytecznego. Definitywnie kończę tę farsę.

O zrzucaniu ciuszków i tym podobnych…

Zima stchórzyła, wiosna przybyła. Teraz mi już naprawdę obojętnie czy mnie jakaś L-ka chce rozjechać czy też moje ciało boleje po upadku z płotu. Jest ciepło, świeci słońce, więc niczego mi więcej nie trzeba. No może trochę przesadzam, parę rzeczy i spraw by się znalazło… ale w taki ciepły dzień, gdy Warszawa jak Algieria, aż chce się żyć. Moja szafa także zauważa przypływ ciepłego powietrza dając swetrom i gubym kurtkom w końcu należny odpoczynek.A gdy zobaczyłam jak ktoś sobie jeździ po korytarzu rowerem, to już w ogóle stwierdziłam, że wiosna definitywnie nadeszła (chociaż ja osobiście wolałabym pojeździć na tym rowerze po dworzu =]). Tak więc nie pozostaje nic innego jak tylko mieć dobry humor ;)

Pomówmy po ludzku

Żeby coś wyszło to trzeba ćwiczyć.
Próbowałam pisać bajkę o nosorożcu, ale nie wyszło.
Dużo zapału i energii nie pomogło.

Wczoraj poszłam spać wcześniej i przyśniła mi się piękna historia.
Historia (sic!) o nosorożcu.
Nie był to kolejny sen z serii: zmasakrowany atak bezgłowych tworów z afrykańskiego buszu.
Był to sen niezwykły i bardzo mi się podobał.

Oczywiście nie doświadczyłam zakończenia.
Zadzwonił budzik.

Co oczy widziały

Alicja w Krainie Czarów
Długo oczekiwany film Tima Burtona niestety nie powala z zachwytu. Może wynika
to z tego, że pierwowzór Lewisa Carrolla nie za bardzo pozwala na spójną i
wartką opowieść fabularną. Z klocków, które stworzył Caroll powstała w miarę spójna
fabuła, ale do super-hiper-fantastycznych opowieści nie możemy jej zaliczyć.
Jest to po prostu baśń zrealizowana z dużym rozmachem. Film widziałam w 3D w
oryginale, ale efekty trójwymiarowe jak na moje oko były dość ubogie (chociaż
zdarzały się dobre momenty). Jako animacja połączona z formą realizmu jest
świetna. Szczególnie na uwagę zasługuje tutaj scenografia i kostiumy. Jestem
bardzo ciekawa jak wypadł polski dubbing w wykonaniu Figury i Pazury. Ponoć
jest na czym ucho zawiesić. Może za jakiś czas obejrzę sobie Alicję w 2D w
wersji dubbingowanej. Na razie jednak z powodu braku zdecydowanie mocnych
momentów odkładam film na bok. Disney stemperował temperament Burtona przez co
troszkę się rozczarowałam. Czy więcej jest w „Alicji w krainie czarów” Burtona
czy Disneya? Pytanie pozostawię bez odpowiedzi.

The Box. Pułapka

Początek
zapowiada się dobrze. Do rodziny borykającej się z kłopotami finansowymi (co
praktycznie jest nieodczuwalne, ale teoretycznie powinni być chociaż troszkę
biedni) przychodzi nieznajomy człowiek ze zmasakrowaną twarzą. Daje im pudełko
z czerwonym przyciskiem, a w zamian za naciśniecie tego przycisku oferuje
walizkę pełną pieniędzy. Jak łatwo się domyślić przycisk zostaje naciśnięty. I
od tej pory fabuła filmu wali się w oczach. Staje się nudna, nieciekawa i
miejscami wręcz głupia. Pomysł dobry z wykonaniem troszkę gorzej. Próba
zrobienia komercyjnego filmu, który miałby być przemieszaniem świata realnego i
świata fantastyki legła w gruzach już na poziomie scenariusza.  Zdecydowanie nie polecam.

 

 

 

Adam

Nie daje
mi spokoju pewna myśl. Dlaczego ten film się tak zakończył? Ale może od
początku… Główny bohater, Adam cierpi na zespół Aspergera. Mieszka z ojcem, ma
pracę. W sumie jest wszystko ok. Troszkę się zaczyna komplikować kiedy umiera
ojciec. Adam zaczyna się spotykać ze swoją sąsiadką (zawodowo
nauczycielka w szkole podstawowej. Z pozoru zdrowa, ale i tak myślę, że jej przypadłoścą jest zespół nadopiekuńczości…). I tutaj zaczyna się romansidło, co prawda
nie szablonowe, ale zawsze. Generalnie wszystko jest stonowane, nie przerysowane.
Ogląda się dobrze, ale furrory raczej nie ma.

 

 

 


Precious:
Based on the Novel Push by Sapphire

Zdecydowanie
mocny film o otyłej szesnastoletniej dziewczynie z patologicznej rodziny.
Precious, bo tak ją w skrócie nazywają jest co tu dużo mówić słabszym ogniwem
amerykańskiej edukacji. Jedyną rzeczą w jakiej się odnajduje i sprawdza jest
matematyka. Niestety i tak jej to nic nie daje, bo zaszła po raz drugi w ciążę
ze swoim ojcem. Pomimo tego, że podobno główna bohaterka jest w trakcie filmu w
ciąży w ogóle po niej tego nie widać. Sama nie wiem co o tym myśleć. Może po
prostu na otyłych ludziach takie rzeczy są niezauważalne. Aha jeszcze jedna
refleksja mnie naszła po obejrzeniu tego filmu… McDonald’s to zło.

 

 

 

Światła kształt

Zbliża się. W powietrzu czuć już nerwową atmosferę przedzierającego się strachu. Oglądam się, ale jeszcze nic nie widać. Wtedy uświadamiam sobie, że to jeszcze nie teraz, że to jeszcze nie ta chwila. Bardzo wyraźnie zarysowuje się wtedy autroportret mojego umysłu. Właściwie to nie wiem czy mam odetchnąć z ulgą czy po prostu od razu bez czekania poddać się rozpaczy. Wybór jest trudny, bo przecież decyduję czy mam się upić i rzucić z mostu czy podskoczyć z radości. Oczywiście pierwsza opcja jest bardziej wzniosła i epicka, ale za to druga jako banał również kusi. Poniedziałkowe popołudnie rozwieje tajemnicy zasłonę. Sztuczne światło oświetli monitor mojego komputera i wszystko stanie się jasne. Przygotowałam sobie dwa oficjalne oświadczenia. Jakbym nie dawała znaku życia będzie to jednoznaczne z opcją a.

a. Było miło, ale się skończyło. Niestety z powodów zaiste uzasadnionych nie mogę już więcej spoglądać ludziom w oczy. Hańba, która w tej chwili krąży nad moją osobą jest zbyt wielka. Spłaszczam się do poziomu asfaltu, a za chwilę przejedzie po mnie walec. Tak więc sami dobrze rozumiecie, że nie mam zbyt wiele czasu na wzniosłe słowa pożegnania. A jakbym się rozmyśliła… (co także jest możliwe) zapewne zaczynę wieść żywot pustelnika, tak mi wstydno za siebie… [kolekcja płyt, filmów i książek wędruje do pierwszej osoby, która się po nie zgłosi]

b. Cóż to za piękne uczucie odetchnąć z ulgą.

Who is MGMT?

Chwila wiekopomna nadeszła. MGMT powraca ;) Już w tamtym roku było wiadomo, że szykuje się nowa płyta ale niekt nic nie słyszał, nikt nic nie widział. A tu proszę, niespodzianka. Po świetnej, psychodelicznie zakręconej płycie z 2007 roku przyszła pora na singiel promujący „Congratulations” czyli Flash Delirium. Płyta ukaże się (i tu znowu szok) za miesiąc, a dokładniej 12 kwietnia. Będzie trudno dorównać poprzedniczce, ale jak zawsze ufam do końca, że rozczarowania nie zaznam. Powiedzmy sobie szczerze: ubiegłoroczny warszawski występ MGMT nie powalił na twarz, ale i tak nie przeszkodziło mi to świetnie się bawić (szczególnie, gdy Andrew się produkuje dziesięć metrów przed tobą… =]).


„Flash Delirium” podoba mi się, ale muszę troche ochłonąć zanim stwierdzę czy będzie przebój na miarę „Kids”. Na chwilę obecną wiem jedno. W tej piosence się dzieje i to dużo. Przez ponad 4 minuty można usłyszeć taką mieszankę stylów i eksperymentów dźwiękowych, że o zawrót głowy nie trudno: od lo-fi w stylu Ariela Pink przez flety i rogi, rock’n’roll i electro, po Beatlesów.


TUTAJ można sobie ściagnąć i posłuchać Flash Delirium