Miesięczne archiwum: Kwiecień 2010

Piątek, czyli majówki początek

Niewykluczone, że ludzkości przyda się klarowna relacja nieuprzedzonego obserwatora  z przebiegu wydarzeń w drodze do bezpiecznej przystani zwanej domem. Jestem jedyną osobą, która ma ku temu kwalifikacje. Mimo wszystkich swoich zalet inni pasażerowie nie dysponują zapewne moimi stalowymi nerwami.

Powrót Działaczki Podziemia do domu:
12:57 Po dość płaczliwym pożegnaniu z istotami z aka opuszczam lokal.
12:58 Schodzę po schodach.
13:00 Próbuję otworzyć drzwi wejściowe/wyjściowe zmagając się jednocześnie z walizką i laptopem
13:04 Przypomniało mi się, że nie wzięłam zasilacza do kompa.
13:05 Po szybkim przeanalizowaniu za i przeciw postnowiłam wrócić po zasilacz. Jednakże wizja wchodzenia z walizką na 3 piętro nie zachęcała. Zostawić przy wejściu też dobrym pomysłem nie było z trzech względów: po pierwsze mogą sobie ją zakosić bezdomni, po drugie mogą sobie ją przywłąszczyć studenci wydziału fizyki, po trzecie mogą ją zabrać chciwe istoty z aka.
13:06 Wykonuję telefon. Dostałam propozycję wyrzucenia kabelka przez okno (3 piętro).
13:08 Negocjacje.
13:11 Zasilacz został mi przyniesiony, a ja narobiłam sobie długów wdzięczności.
13:13 Dzwoni telefon,a ja nie mam ręki, nogi ani żadnej innej wolnej części ciała by go odebrać.
13:14 Władowałam się do metra.
13:31 Szybka przesiadka w centrum do tramwaju. Teraz wypadałoby się skupić, wszakże złodziejaszków nie brakuje.
13:40 Kojący widok pekaesów na stationie: syf, kiła i mogiła.
13:41 Podjeżdża moje limo. Na pierwszy rzut oka wyglada jakby ktoś sobie ten autobus ze złomu przytoczył. A żeby nie było widać co się kryje w środku postanowił poobklejać go reklamami.
13:42 Zostałam podeptana przez psa pewnego pasażera.
13:43 Inwestuję w bilet. Złość mną targa niemiłosiernie, bo taki wyzysk nadaje się na skargę do UE.
13:44 Szukam korzystnej miejscówki nie za bloisko (stare babki) i nie za daleko (zboczeńcy). Ot tak po prostu gdzieś na środku.
13:45 Autokar daje głos i rusza. Planowany czas podróży 2.5h
13:50 Zjedzenie suchego prowiantu na obiad, wypicie niskokalorycznego napoju.
14:13 Na miejsce obok mnie dosiada się puszysta niewiasta w wieku średnim. Zostaję wgnieciona w szybę.
14:15 Jest mi niedobrze. Mam mroczki przed oczami, suchy prowiant podchodzi mi do gardła. Wyjazd z Warszawy to istna masakra. Nienawidzę korków.
14:18 Zastanawiam się czy gdybym wzieła awiomarin, to czy bym się lepiej czuła.
14:26 Kobieta obok zamienia się miejscami z dziewczyną, której zrobiło się niedobrze.
14:27 Masowe otwieranie okien. I jak mam w takich warunkach walczyć z moim katarem?
14:36 Przeszło mi przez myśl żeby wyjąć kompa i sobie coś pooglądać.
14:38 Pożegnałam myśl wyjmowania kompa, gdyż dziewczę obok zaczęło wymiotować. Co jak co, ale laptopa nie poddam takiej grze losu.
15:02 Nadal korek.
15:30 Mineliśmy tablicę „Warszawa”
15:37 Autobus wpada w turbulencje (chyba coś się popsuło, ale jedziemy dalej póki co)
15:38 autokar wlecze się po utwardzonym poboczu, pozostałe pasy zamknięte z powodu remontu
15:39 Plus blokuje mi telefon, bo zapomniałam doładować konto.
15:40 Mam setki telefonów do wykonania i tysiące esemesów do wysłania i nic nie mogę zrobić.
15:49 Mp3 się rozładowało.
15:50 Wyciągam coś do poczytania.
15:55 Chowam pisane dobra kultury ponieważ niewiasta obok znowu wymiotuje, a mi z tego wszystkiego literki zaczęły skakać.
15:59 Chorowita sąsiadka z siedzenia obok jak na złośc wyciąga telefoni i namiętnie pisze esemesy.
16:00 Mińsk Mazowiecki wita! (teoretycznie powinnam już dojeżdżać do domu,a w praktyce autokar nie pokonał jeszcze połowy trasy)
16:02 Zakładam ciemne patrzałki i idę spać.
16:05 Budzę się – lęk o dobytek okazał się silniejszy od napadu senności.
16:19 Kierowca wykonuje dziwaczne manewry po jezdni rozmawiając w tym czasie przez komórkę i popijając Sprite’a
16:?? Do nawrotu kataru dołączyła także utrata głosu.
16:47 Dzwoni telefon. Nie jestem w stanie powiedzieć Halo tudzież słucham.
17:15 Widok miejsca, gdzie oblałam prawko zawsze wzbudza we mnie skrajne emocje. Jak ja nie lubię Siedlec…
17:16 Pięć minut przerwy; od dziewczyny obok zaczyna się unosić dziwny zapach
17:28 Opuszczam miasto na S.
17:39 Sąsiadka zaczyna wcinać chipsy popijając je kubusiem (brrrrr…)
18:14 HEIMA!!!!

A miałam jechać pociągiem…

Dla dopełnienia tej żałosnej atmosfery dodam njusa, który może niektórych bardzo rozczarować i przygnębić. Osoby o słabych nerwach uprasza się o wzięcie chusteczkek w dłonie i zajęcie bezpiecznej pozycji. Otóż TVP2 oznajmiło, że znosi z anteny FAMILIADĘ. No i kto będzie teraz opowiadał kultowe dowcipy?

This is me

Bycie pociągającą jest męczące. Muszę się
uporać z katarem
.

A w ramach zapełniania pustki…


 
———————————————————————————————————————————————–
Artyści są nieobliczalni. Wybrałam się na wystawę. Wchodzę, spoglądam a tam co? Na środku sali stoją facet i babka nago w całej okazałości. Zamurowało mnie.

Rymy częstochowskie

Z czystego lenistwa, a może po prostu z braku leczniczego balsamu natury zwanego potocznie snem nie skomentuję wszystkich wydarzeń, które nastąpiły w czasie minionym. Prześladuje mnie gigantyczny niedoczas, a mądrzejsza przez to się wcale nie czuję. Proza życia. To zupełnie tak jakbym zjadła słońce w całości, a treraz się pocę. Jednakże lepiej skończę te konwenanse, bo do niczego dobrego to nie doprowadzi, tak przypuszczam.

No to tak…
Krótka relacja z weekendu popełniona przez angiełło (robiłam za
kamerdynera, więc jestem że tak powiem niemym świadkiem owych wydarzeń ;D) =>tutaj klikamy, czytamy i ogladamy
Od siebie dodam dwa zdania:
1. White Lies w Kamieniołomach przybiło piątki w sposób zaiste epicki.
2. Na pewno niewinnym kłamstewkiem nie jest to, że bez gitar chłopaki też wypadają świetnie.

A czego w relacji zabrakło?
Niewątpliwie wzmianki o rewelacyjnej sztuce, którą miałam okazję oglądać w Instytucie Teatralnym (tak moi mili, wreszcie dowiedziałam się i trafiłam [sic!] do pałacu z czerwonej cegły na ulicy Jazdów). A była to queerowa wersja „Tramwaju zwanego pożądaniem”.  Fabularnie rozbrykana, niezwkle surrealistyczna opowieść o świecie współczesnej mitologii i wyobraźni. Moją szczególną sympatię wzbudził tekst sztuki, miejscami tak zabawny, że nie sposób było zachować powagę.

Poza tym zapisałam się na warsztaty gry na bębnach afrykańskich. Zawsze miałam niesłychane ciągoty do muzycznych podróży po czarnym lądzie. Marzenie się ziści (mam nadzieję, że już nic nie stanie mi na przeszkodzie). Będę multiinstrumentalistą na sto dwa, a co! ;) Było pianino, była gitara jest harmonijka autobusowa, a teraz będzie djembe =]

Czołgiem!

Zgadywanka

Mam nie lada problem. Szukam odpowiedzi i znaleźć jej nie mogę. Ogłaszam więc konkurs!!! Zwycięża osoba, która powie mi do czego służy przedmiot na zdjęciu. Nagroda jest cenna, więc misiaczki próbujcie i zdejmijcie tym samym jarzmo niewiedzy, które nade mną ciąży.


*aha, i na pewno nie jest to super narzedzie J.Bonda do pozbawiania życia poprzez obcięcie głowy żyłką =]

Stars And Scars

Z cyklu Warszawa nieznana

Lubię to miasto, ale nie w takich okolicznościach i nie w tym czasie. Co tu dużo mówić. Pielgrzymki do Pałacu Prezydenckiego i procesje ulicami miasta zaczynają mnie ostro denerwować. Jednakże proszę opacznie nie odczytywać moich słów. Po prostu cała ta aura i zamieszanie zaczęło mi działać na nerwy (nawet nowe buty z H&M nie poprawiły mi samopoczucia. Ogrom złej aury krążącej nad moją głową jest więc pokaźny). Podziwianie uroków podziemia jest trudne, gdy praktycznie wszystko jest pozamykane (oprócz Smile Shopu i 24h pod aka, ale to się nie liczy). Życie
kulturalne zwinęło manatki i się ukryło.
W metrze wszyscy siedzą jakby jechali na ścięcie, a stare babki patrzą na słuchawki w twoich uszach jako na objaw zupełnego nietaktu i właściwie nie wiem jak mam się czuć. Czy już jestem barbarzyńcą czy jeszcze nie? Powiedziałam sobie basta i wypowiedziałam z radością słowo heima. Przynajmniej nie będę głodować z powodu niemożności zrobienia zakupów. Alienuję się od Wawy, przynajmniej do niedzieli.

Z cyklu co Działaczka Podziemia ugryzła, przeżuła i wypluła

Dot.com
Komedia? hmm…Tylko gdzie w tym filmie jest coś śmiesznego? Żeby już z samego
początku nie używać zbyt mocnego słownictwa powiem tak: Nie warto sobie tym dziełem
głowy zawracać. Fabuła jest marna, aktorstwo do kitu. Miał być drugi Kusturica,
a wyszedł rachityczny zakalec. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.

Pamiętajcie robaczki: nie oglądajcie nawet jakby grozili Wam śrubokrętem!

Z cyklu polecane
„Dead Set” to brytyjski miniserial o zombiakach. Trwa niecałe 145 minut, ale nie liczy się ilość tylko jakość ;) Sprawa w skrócie przedstawia się tak: Osadę, w której kręcony jest Big Brother napadają żywe trupy i dołączają do swego grona kolejne ludzkie ofiary. Zaraza zombiaków rozprzestrzenia się po całej Wielkiej Brytanii, a mieszkańcy domu wielkiego brata uczą się tępić intruzów.
W domu zombie
wiele
się dzieje. Good stuff.

Mówią, że nie należy oceniać książki po okładce. Ci co tak mówią mogą mnie teraz wyzwać od kulturalnych szczurów i tym podobnych. Dla mnie okładka ma znaczenie. Rzadko kiedy zdarza się tak, że czytam książkę ze szpetną okładką. Tak odnalazłam „Milczenie”. Okładka nie jest zbyt piękna i urocza, ale jak zobaczyłam samochód w ruchu, to stwierdziłam, że akcja będzie się toczyć w równie szybkim tempie co owy automobil. Czyta sie bardzo dobrze. Jest intryga, akcja i płatni zabójcy. Mniej więcej po połowie zaczęłam się nudzić, ale końcówka daje radę. Do wybitnych tej książki nie zaliczę, aczkolwiek nie spisuję jej także na straty. Dla gustujących w gatunkach sensacyjnych z nutką grozy powinno przypaść do gustu.  

A na deser sidik
Proszę sobie zanotować dwa słowa: Broken Bells. Zapewniam, będzie o nich głośno.

O co cho?
Broken Bells to nowy zespół Danger Mouse’a i wokalisty The Shins. To zdanie tłumaczy wszystko. Kiedy dwaj genialni muzycy łączą siły, z takiej współpracy może narodzić się tylko coś pięknego. Jest chwytliwie, melodyjnie i co najważniejsze materiał z płyty wpada w ucho. Obok nowego MGMT obecnie mój numer 1.

Nomen omen

Świat materialistami jest wypełniony.
Wieczór minął pod znakiem grupowego oglądania „Chłopaków z taśmy”. Z przykrością informuję, że doczekaliśmy się kolejnej ofiary (?) naszego pokolenia. Tym razem jest to jednak niewiasta. Claudia „Nemo” Szlifer jej na imię.

Ale z drugiej strony…
Chciałabym napisać coś, co tłumaczyłoby zajawki naszej polskiej „młodzieży”. Pieniądze? Sława? Próbuję zrozumieć, ale nie mogę. 

BUWing

Gdzie odbywa się największy lans w stolicy? Tak,
tak dokładnie w BUWie. Pośród tysięcy książek i niemiłych pań bibliotekarek z
rozczapierzonymi fryzurami i zjawiskowymi sweterkami sprzed pół wieku,
przemykają się setki studentów wystylizowanych od góry do dołu. Już kiedyś
słyszałam o tym zjawisku, więc postanowiłam sprawdzić.

BUW to miejsce specyficzne bez dwóch zdań. Za każdym razem kiedy przekraczam
drzwi wejściowe odnoszę wrażenie, że pomyliłam budynki. Może wynika to z bardzo
rozwiniętej sfery rozrywkowej i kulturalnej. A może po prostu powinnam zmienić stereotypowy
tok myślenia odnośnie biblioteki. Skupię się jednak na części BUWu poświęconej
książkom.

Jako osoba mająca praktyczne doświadczenie w bibliotekarstwie mogę powiedzieć,
że bez obranej taktyki nie ma sensu buszować po regałach. Nawet
Horacemu/Lirojowi/Diżejowi (niepotrzebne skreślić, jak kto woli) się nie śniło,
jak można skatalogować książki. Ale od początku. Pierwszym obowiązkowym punktem wycieczki jest szatnia. W przypadku pominięcia
tej procedury trzeba liczyć się z tym, że strażnicy twierdzy publicznie na
ciebie nawrzeszczą i wystawią na ośmieszenie (sprawdziłam). Później można
przejść do procedury wchodzenia na teren biblioteki, która wbrew pozorom nie jest
wcale taka przyjemna i prosta. Jak cię nie ma w systemie to nie wejdziesz
(sprawdziłam). Jak się to przeżyje to można już podbijać świat książek.
Modnisiów nie brakuje. Obowiązkowy zestaw to okulary, wypasiony laptop (w
większości makintosze i inne cuda niewidy), stos książek obok siebie i
dokładnie przemyślany strój. Z takim zestawem osobnik zwany potocznie studentem
siada sobie między regałami i siedzi w bibliotece dobrych parę godzin. Francja
elegancja. Jako osobnik reprezentujący człowieczeństwo nieskomplikowane nadal
nie mogę się odnaleźć. Po pierwsze przez elegantów i elegantki, a po drugie
przez proces szukania książek na półkach.

Upatrzyłam sobie dwie pozycje w katalogu internetowym (nie mam siły do
papierkowych), spisałam to co trzeba i wyruszyłam w poszukiwania. Z zegarkiem w
ręku chodziłam ponad dwie godziny między regałami z zerowym skutkiem. Weszłam
chyba we wszystkie możliwe alejki i zakamarki, natknęłam się trzy razy na pary
poszukujące języków w swoich gardłach polerując przy tym podłogę, doszłam nawet
do wejścia do ogrodu botanicznego na dachu. A książek, których szukałam nadal
nie znalazłam. Zrezygnowana po ponad dwóch godzinach spaceru poszłam do
wypożyczalni z jedną książką znalezioną zupełnie przez przypadek. Stoję w
kolejce, rozglądam się a tu zupełnie przy wejściu znajduje się dział, którego
tak uporczywie szukałam przez ostatnie godziny. Zobojętniała przemknęłam szybko
przez ten dział. Pożądanych książek o zgrozo nie znalazłam. Mam wrażenie, że w większości
na regałach stały kolejne części Gwiezdnych Wojen, ale mogło mi się w oczach po
prostu mienić. Chwyciłam dwie przypadkowe pozycje z brzegu z nadzieją, że nie
okażą się klapą.

Pozostało teraz tylko opuszczenie twierdzy. Miałam nadzieję, że bramka nie
zacznie piszczeć kiedy będę wychodzić. Nie dała głosu, na szczęście. Kolejny
lans już wkrótce, wszakże sesja zbliża się wielkimi krokami ;)

———————————————————————————————————————
O samolocie tym co spadł i się roztrzaskał rozpisywać się nie będę. Powiem tyle: poruszyło mnie to wydarzenie i nadal jestem w szoku.

Wiersz numer trzy – ostatni

Zwykle nie piszę wierszy. Bo nie umiem. Po komercyjnej klapie „Kamizelki” i „Fiata 126p” nie powstało żadne dzieło. Nie powstało do dnia dzisiejszego. Zapewne cieszyć się będę uznaniem tylko w podziemiu i nie wystąpię w „Pytaniu na Śniadanie” jako ekspert. Cóż… Dawno pożegnałam się z karierą poety, aczkolwiek ze względu na osoby, które nie dadzą mi spokoju zaprezentuję moje dzieło. Ot tak do polizania.

„Królowie Śródmieścia”  (tytuł roboczy)

i złapał tych co się bez biletów wozili
bezlitosny kanar

Księgowi i marynarze

Z wiekiem przychodzi czas, gdy trzeba wziąć sprawy w sowje ręce. Zabrzmiało cholernie poważnie, ale w sumie taka prawda.
Początek był banalny jak to zwykle bywa. Z niepokojem serca siadłam na moim obrotowym fotelu i spojrzałam najpierw na plakaty przyklejone do drzwi, a później robiąc niezbyt zamaszysty obrót wokół własnej osi zatrzymałam wzrok przed pulpitem komputera. Bawiąc się przez chwilę (zresztą dość nieudolnie) na inudge.net zaczęłam powoli wracać myślami na ziemię. Powiedziałam sobie: no dobra miejmy to już za sobą. Nieśmiało otworzyłam Worda przez chwilę wahając się czy oby na pewno jeszcze się umiem posługiwać własym mózgiem. Na szczęście podstawowe funkcje działały sprawnie. Pierwsze zdanie poszło gładko, drugie także (Pierwsze „zdanie” brzmiało CURRICULUM VITAE, a drugie było moim imieniem i nazwiskiem =]). Czeluść nastąpiła, gdy przeszłam do punktu doswiadczenie/praktyki/wolontariat. Jak to powiadają z pustego nawet Salomon nie nie naleje… Naginając trochę standardy wpisałam coś, co może wydawać się śmieszne i zupełnie niepotrzebne, aczkolwiek prawdziwe. To była najdłużej pisana przeze mnie stronica w całym mym życiu (Chyba. Nie jestem do końca pewna, ale myślę, że kwalifikuje się do najdłużej pisanych).

Potem przyszła pora na LM. Poszło o wiele sprawniej, aczkolwiek nie wiem czy ktoś mnie jeszcze potraktuje poważnie. Mój list motywacyjny przypomina bardziej fragment powieści przygodowej niż poważne pismo oficjalne. Jednakże jestem dobrej myśli. Wszakże rynek pracy jest nielichy i przestronny. Robienie z siebie sprzedajnej małpy kiedyś odniesie efekty. Kiedyś na pewno.