Miesięczne archiwum: Maj 2010

Shark In The Water

1) Brzask, brzoza, brzytwa, brzeg. Dzik jest dziki, a Wisła to ściek.
Myślałam, że tylko ja wpadłam na wspaniały pomysł sprawdzenia stanu Wisły. Jak się jednak okazało 3/4 Warszawiaków także o tym pomyślało… Jak widać na zdjeciu obok, raczej na schodkach nie posiedzimy, co najwyżej można ponurkować. Rowerzysci też raczej nie poszaleją ;)
Co prawda nie ujrzałam nadejścia zjawiskowej fali rodem ze Słonecznego Patrolu, ale kontakt z namiastką żywiołu zmusił mnie poniekąd do refleksji.

2) Carmen
Nie wiem czym jest to spowodowane, ale większość ludzi uważa, że śpiewacy w operze wyją. Generalnie też kiedyś nie rozumiałam idei śpiewania w ten sposób, aczkolwiek obcowanie z muzyką klasyczną naprawdę potrafi zmienić wiele.
Carmen, chyba najsłynniejsza opera świata to dzieło zaiste wybitne. I chyba nie jest ze mną aż tak źle jak myślałam, bo o dziwo zrozumiałam o co w niej chodzi bez wcześniejszej lektury wikipedii. W ogóle chodzenie do Teatru Wielkiego to fajna sprawa. Sama otoczka związana z przygotowaniami do wyjścia, ubiorem, a później przemieszczaniem się po krętych korytarzach teatralnych uduchawia. Sztukę czuć w powietrzu (a jak się siedzi w pierwszym rzędzie to dodatkowo dochodzi jeszcze poczucie wyższości nad szkolnymi wycieczkami na balkonach =]).

3) Wesoły autobus
Koncert Myslovitz przeżyłam dość głęboko. Dlaczego większosć piosenek tego zespołu jest o miłości traktowanej w sposób poetycki? Generalnie po godzinie byłam gotowa skoczyć z mostu. Muzycznie grupa Rojka dała czadu. Mocne rockowe aranżacje w wykonaniu Myslovitz brzmią naprawdę dobrze. Z niecierpliwością oczekuję Open’era ;)
A co do wesołego autobusu… Każdy kto chociaż raz w życiu jechał nocnym na pewno wie o co chodzi ;) Po koncercie podjęłam odważną decyzję próby wejścia do autobusu. Naprawdę byłam w szoku kiedy stwierdziłam, że mi się udało. Miałam jednakże cichą nadzieję, że kierowca zdoła zamkąć drzwi, gdyż nie chciałam skończyć gdzieś na chodniku w czasie jazdy. Drzwi się zamkęły, ale około setka niezadowolonych pasażerów, którym się nie udało, szczęśliwych min nie miała. Takie podróże są jednak kształcące, można sobie przypomnieć wycieczkowe szkolne piosenki, zawrzeć nowe znajomości… Pomijając fakt, że zamiast dojechać na swój przystanek skończyłam na zajezdni przy Woronicza, piątkowy wieczór wspominam dobrze.

Lady Dada’s Nightmare

Jak sobie pomyślę , że rok temu o tej porze miałam ostatnią maturę to stwierdzam, że albo jestem stara i czas nabrał niespotykanego przyspieszenia albo po prostu mam za dużo rzeczy do zrobienia. Heh… niedługo zaczną mnie nazywać starą torbą…

Trochę relacji z podziemia:
1) Na Nocy Muzeów nie byłam. Co prawda chciałam się wybrać na Giełdę Papierów Wartościowych, ale przez moje gwałtowne olśnienie w piątek rano plan nijak nie mógł się ziścić. Tak więc nocne zwiedzanie ograniczyłam do błądzenia mętnym wzrokiem po krętych ścieżkach edukacji makroekonomicznej.

2) Kawa. Niegdyś dobro konsumpcyjne dla mnie odrzucające już od samego zapachu i powodujące ból głowy zmieniło taktykę. Co prawda nadal normalnej kawy nie tknę, ale taka z czekoladą podbiła moje kubki smakowe.

3) „Congratulations” MGMT jest genialne. Serio. Słuchałam tej płyty już pewnie ze dwadzieścia razy i dopiero teraz doszłam do takiego wniosku. Dosłownie każda nutka i każde słowo jest na swoim miejscu. Zgadzam się zupełnie ze słowmi człowieka, który stwierdził, że ten album docenia sie dopiero z czasem. Za pierwszym przesłuchaniem miałam mieszane uczucia i odnosłam wrażenie, że nic się tam nie klei. Obecnie jestem w stadium silnego uzależnienia od każdego dźwięku wypływającego z tej płyty. Jest zaskakująca płynna, przyjemna i niekomercyjna tak, że nawet media sobie odpuściły. Nie usłyszymy nowego MGMT na MTV, w filmie czy reklamie. „Congratulations” to manifest mówiący ‚nie’ manifestowi. Dzięki „Oracular Spectacular” MGMT stali się rozpoznawalni, ale chyba nie o to im chodziło. Powrócili więc do swoich muzycznych początków i odważnych eksperymentów z dźwiękiem. Gratulacje MGMT!



MGMT – Flash Delirium

To ja, złodziej

Dziwny dzień, znowu. Obyło się jednak bez zjawiskowych spotkań superbohaterów pokroju Iron Mana (tym razem tylko Leon Zawodowiec w podziemnej kolejce został przeze mnie zidentyfikowany). Chciałam sobie kupić ciuch. Sprawa nie wydawała się nadzwyczaj skomplikowana, wystarczyło tylko dostać się do sklepu i coś upolować. Przejechałam połowę naszej jedynej, oryginalnej i niepowtarzalnej linii metra, by dostać się do Arkadii. Trochę to trwało, ale pomyślałam, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu i w drodze powrotnej skoczę do BUWu oddać książki. Wrzuciłam stuff do torby i wyruszyłam na polowanie. Wchodzę do pierwszego sklepu, bramka zaczyna się drzeć. Nieugięty pan ochroniarz naruszając moją prywatność przetrząsnął mi torebkę niczego podejrzanego jednak się nie doszukując. Mogłam więc trochę po wieszakach pobłądzić nie martwiąc się, że mnie zaraz zapuszkują. Jak już wszystko oblukałam i zwróciłam swe kroki ku wyjściu bramka znowuż się zaczęła drzeć. Czujniki
mnie dzisiaj zdecydowanie nie lubią.
Śmiem
twierdzić, że zostałam namagnesowana przez kosmitów podczas wczorajszej
wizyty w Instytucie Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy.
Ponowna procedura przeszukiwania torebki znowu niczego podejrzanego nie wykazała, aczkolwiek każda rzecz została odzdzielnie wynoszona za bramkę. Nie wiedziałam, że książki z BUWu potrafią zrobić taki hałas… W połączeniu z pakietem kart magnetycznych powstała cała aria (dla uszu nieznośna). Idę do drugiego sklepu i sytuacja się powtarza… Generalnie miałam już dosyć rewizji osobistych i podejrzliwego wzroku arkadyjskiej klienteli, więc z wizyty w trzecim sklepie zrezygnowałam. Wychodzę z Arkadii a na dworze ulewa. Ach gdybym zawczasu zainwestowała w parasolkę…

Z ogłoszeń parafialnych…
Sesja potrafi człowiekowi zniszczyć życie zanim się na dobrą sprawę pojawi. Zawieszam się na czas nieokreślony. Czołgiem.

Nowy Wspaniały Świat

To był piękny piątkowy wieczór. Wyglądało na to, że deszczowe chmury odeszły na dobre, a z nieba spadały tylko pojedyńcze krople deszczu. I rzeczywiscie tak było. Wzmocniona porządną dawką dobrej muzyki daję się ponieść emocjom i płynę po chodnikach (zakochałam się od pierwszego wejrzenia w chłopaku od perkusji z British Sea Power. Niestety do zapoznania nie doszło, choć takowe w planach było. No nic, najwyżej myspace trochę dopomoże…). Nowy Świat w nocy ożywa i aż kusi żeby wejść do jednej z kawiarni, restauracji czy też innego sympatycznego lokalu. Niestety widok cennika skutecznie odstrasza. Pozostaje tylko zwiedzanie chodników.

W pewnym momencie na horyzoncie zarysowuje się postać kobieca. Stoi ona na ulicy i rozmawia z jakąś dziewczyną. Ubrana jest w krótką spódniczkę, koronkowe rajstopy, szpilki i skórzaną kurtkę. Nie widziałam jej twarzy, ale nóżki miała zgrabne, trzeba przyznać. Od dziecka wykazuję niezwykły talent do chlapania językiem, więc długo się nie zastanawiając mówię do współtowarzyszy podróży: patrzcie, młoda prostytutka! Podchodzimy bliżej i już wszyscy lustrują ową niewiastę od góry do dołu nadal nie widząc jej twarzy. Dopiero, gdy znaleźliśmy się jakieś 3 metry obok niej zachwiała się i z gracją odwróciła tak, że wszyscy urzeliśmy jej oblicze. I w tym momencie wryło mnie w chodnik. Doznałam szoku, który trudno opisać. Tak oto wyglądało moje pierwsze w życiu spotkanie z transwestytą. 

There’s no place like home

W stan dość przyjemnego przygnębienia wprowadza mnie od wczoraj White Lies. I już widzę jak na horyzoncie rysują się pomidory zmierzające w moją stronę. Wiem, wiem… powtarzam się. Ale tak serio, to fazy na „Farewell To The Fairground” się nigdy nie skończą. Przynajmniej raz na miesiąc mnie takowa dopada. I wczoraj znowuż. Zaczęło
się w mrocznych podziemiach PKP na Śródmieściu.
To było niczym grom z jasnego nieba. Wyskoczyło z nikąd niczym Filip z konopi. Oczywiście nie pomyślałam o konsekwencjach i teraz nucę, mruczę. Po prostu пою.

We’re leaving this old fairground behind
It’s a dream that’s growing cold
The circus never dies
The act forever haunts these skies

Maniakalne stany podświadomości odłóżmy jednak na bok aby móc spokojnie przejść do kolejnego punktu programu. Teraz będzie o filmach.
Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową (2000)
Polski film o umieraniu. I w tym momencie pewnie większość zamyka tę stronkę. Otóż śpieszę ze sprostowaniem. To nie tak jak w większości polskich produkcji, czyli nuda i dno. Coś w tym filmie jest specyficznego. Najbardziej podobał mi się tytuł – bez dwóch zadań. Fabularnie przeciętniak. Praktycznie nic się nie dzieje, ale zapewniam, że należy sobie oglądnąć dla samych dialogów i tekstów umierającego głównego bohatera. Resztą można się nie przejmować.

Aha i jeszcze jedna refleksja… Boże uchroń przed bliskim kontaktem z polską służbą zdrowia brrr…

How to Train
Your Dragon
(2010)

Świetny film, pierwszorzędna historia, fenomenalna muzyka. W skrócie: animacja pierwsza klasa. Dobra grafika też robi swoje (ogień, chmury itd.). W scenie kulminacyjnej naprawdę wgniotło mnie w fotel. Nie będę zdradzać szczegółów, bo trzeba na własne oczy doświadczyć by zrozumieć fenomen tego filmu. Mam jednakże dwie refleksje, którymi nie omieszkam się podzielić. Primo: Światowa animacja idzie z duchem czasu. Najpierw w „Księżniczce i żabie” główną bohaterką było czarnoskóre dziewczę, a teraz w „Jak wytresować smoka” dochodzi niepełnosprawny Wiking. Z niecierpliwością czekam na dalszy rozwój sytuacji. Secundo: Kwestia marketingu i reklamy w Polsce. Naprawdę szkoda, że film wszedł do polskich kin między całą kwietniową żałobną otoczką. I na pewno nie pomogły też plakaty promujące film. Nie wiem jak inni to postrzegają, ale dla mnie zwierzak na plakacie obok bardziej przypomina pokemona niż smoka.

cdn.

From A Whisper To A Scream

Narzekać będę.
Chciałabym być znowu beztroskim dzieckiem wałkującym dżdżownice na mokrym asfalcie. Nie to żebym nie mogła wykonywać tej czynności w czasie obecnym. Nie w tym rzecz. Sęk w tym… No właśnie, nawet nie wiem w czym tkwi przyczyna moich rozkmin egzytencjalnych. Poczytam trochę legislacyjnych gniotów nadających się na podpałkę. Może mnie oświeci.

btw… marzy mi się do robienia zdjęć aparat, analogowy. Tak żebym mogła sobie kupić prawdziwą kliszę i bym mogła zrobić 10 cudnych fotek, a nie 10 000 badziewia.

[Na głośniki powrócił Zalef. A tak w ogóle to co się z nim dzieje? Nagrał fajną płytkę i zniknął. Sześć lat minęło i nic. Wygląda na to, że będę musiała się nadal krzepić swe miękkie serce "Pistoletem". A płytka w swoim czasie została finezyjnie obrysowana serduszkami, więc proszę wyobrazić sobie moje rozczarowanie... ]