Miesięczne archiwum: Lipiec 2010

Zapiski z życia na terytorium wroga

Oparto na prawdzie…
…i kłamstwach.

Tytuł notki oczywiście zawdzieczamy Dużemu Pe, który został nominowany do jakże prestiżowej nagrody jaką jest Superjedynka (!). Jak przejdzie do drugiego etapu to poważnie zastanowię się czy jechać do Opola zmieniać bieg historii ;D Póki co wzięłam udział w głosowaniu co zresztą było dla mnie kolejnym zaskoczeniem. Oprócz starych wyjadaczy można zagłosować m.in. na Marikę, Muchy, Łąki Łan, The Car is on Fire, Pablopavo & Ludziki czy Biff. Szok. Jakoś nie wyobrażam sobie wyżej wymienionych zespołów tudzież artystów w towarzystwie chociażby takiego Stachurskyego. Szykuje się rewolucja na polskiej scenie muzycznej. Już fakt, że Justyna Steczkowska została dość chłodno przyjęta na festynie w moim rodzinnym miasteczku jest niepisaną zapowiedzią zmian. Niestety na własne oczy i uszy nie miałam okazji doświadczyć tego występu, ale sam Andrewlee (pewnie każe mi płacić 100 000 $ za wspomnienie o swojej osobie, a w najlepszym wypadku będę musiała kupić tylko gitarę), który zna się trochę na muzyce nie był w stanie nic konkretnego o tym występie powiedzieć, gdyż kupno piwa było o wiele bardziej zajmującym zajęciem. To o czymś świadczy. Spadającym gwiazdom już dziękujemy! To tyle tytułem wstępu.

Jednakże nie o muzyce chciałam się rozspisywać, ale o czymś zupełnie innym. Jako że życie nie dostarcza mi chociażby minimalnej dawki adrenaliny i mocnych wrażeń musiałam jakoś znaleźć złoty środek by nie popasć w flegmatyczność i jednocześnie zachować zimną krew. Filmowo krążę więc wokół horrorów, dreszczowców, strzelanek i komedii romantycznych. Na celownik biorę dzisiaj UFO, wampiry i duchy.

The Vampire Diaries
Po nieoczekiwanym sukcesie filmów z serii Pattinson & Żądza Krwi (którego zresztą nie ogarniam, gdyż film jest lekko powiedziawszy słaby) przyszła pora na serial o wampirach. Właściwie nie wiem dlaczego pokusiłam się właśnie o tą produkcję. Czasem po prostu trzeba sobie coś lżejszego zafundować.
Bohaterowie serialu to licealiści amerykańskiego masteczka
Mystic Falls, do którego po blisko 145-letniej nieobecności powracają wampiry. Mogą one dzięki specjalnym pierścieniom chodzić w świetle dnia, wymazywać pamięć wzrokiem i nakłaniać do niemoralnych czynów.
Jednakże nie wszystkie wampiry są złe o czym przekonuje się jedna z głównych bohaterek Elena Gilbert (Nina Dobrev). Zakochuje się ona w wampirze Stefanie (Paul Wesley)
i wiodą oni od tej pory żywot skomplikowany pełen dramatyzmu i trudnych decyzji. Muszę powiedzieć, że kto jak kto ale ta dwójka irytowała mnie chyba najbardziej. Ulubiony bohater? Zdecydowanie Damon (Ian Somerhalder) ;) Przez cały czas nie patyczkował się z nikim i okazywał swą złośliwość praktycznie na każdym kroku. Chociaż na koniec sezonu się trochę popsuł (czyt. stał się mniej wredny). Szału nie ma, ale można sobie oglądnąć jak komuś mocno się nudzi.

Death Of A Ghost Hunter / W pogoni za złem (2007)
Zazwyczaj bardzo ostrożnie podchodzę do niskobudżetowych horrorów. W wiekszości tego typu produkcji jest to słuszne stanowisko, więc nie dziwi fakt, że do obejrzenia tego filmu przymierzałam się rok z hakiem. Ale jakjuż obejrzałam… Jak już obejrzałam to biłam się w piersi za swą  nieufność i powątpiewanie w obraz  Seana Tretta. Film opowiada o łowczyni duchów Carter Simms (Patti Tindall), która dostaje zlecenie zbadania nawiedzonego przez duchy domu Mastersonów. Do współpracy właściciel budynku przydzielił jej ekipę złożoną z kamerzysty i dziennikarki. Film wywarł na mnie ogromne wrażenie. W dużej częsci został nakrecony amatorską kamerą i dzieki temu wszystko wyglądało dość realistycznie (w przeciwieństwie do filmu Paranormal Activity). Gra aktorska nie powala na kolana, ale ogólnie scenariusz jest dobry i co chyba najważniejsze można było poczuć strach.

The Fourth Kind / Czwarty stopień (2009)
Po serii filmów Resident Evil Mila Jovovich powraca w horrorze „Czwarty stopień”. Już od samego początku próbuje nas przekonać, że film oparty jest na faktach i że zostały w nim wykorzytane autentyczne materiały z prowadzonych przez doktor Abbey Tyler badań. Swoje wystąpienie kwituje dla autentyczności swoim imieniem i nazwiskiem. Abbey Tyler próbuje udowodnić, że w miejscowości Nome na Alasce w 2000 roku byli porywani przez kosmitów ludzie. Generalnie dobry film, ale nie jest pozbawiony wad. Po pierwsze zakończenie jest do kitu. Po drugie „autentyczna” Abbey Tyler siedząca w fotelu jak zombie w tanim nowym garniturze zupełnie nie pasowała mi do swojej roli. Teraz prawdziwa tragedia. Straszna statyczność i sztywniactwo. Przydałaby się jakaś dynamika, może niekoniecznie w scenariuszu, ale już na pewno w muzyce czy efektach specjalnych.

Miałam już kończyć, ale nie mogłam się oprzeć… Kocham ten teledysk. Piosenka też niczego sobie lecz obrazek to geniusz.


Meżczyźni bez amunicji

Naprawdę obawiałam się nicości. Spowodowanej niedoborem stresu, odpowiedzialnych zadań, przełomowych wydarzeń w życiu… Jak się okazuje nadmiar wolnego czasu i jednoczesna redukcja zajęć w większosci do łatwych i przyjemnych wcale nie jest taka dobra. No bo co można robić w mieścinie, w której życie wymarło razem z dinozaurami? Potrzebuję pracy. Całe szczeście, że w niedalekiej przyszłości „Chata wuja Toma” stanie się codziennością. 
Wczoraj nadszedł przełom. Na Wisteria Lane zorganizowana grupa nastolatków zorganizowała coś w rodzaju happeningu, performance’u wyrażającego młodzieńczy bunt albo po prostu miał to być sprawdzian wytrzymałości strun głosowych i uszu ludzi przy Wisteria Lane mieszkających. Generalnie do tej pory nie jestem w stanie wybrać głównego motywu zbrodni. A było to tak…

Leżę sobie spokojnie w łóżeczku i ogladam film. Było parę minut po pólnocy, więc jedyne co sie działo w sąsiedztwie to szaleńcze szczekanie psów (Zauważyłam pewną zależność. Zawsze jakieś 15-20 minut po północy wszystkie psy w okolicy ujadają jak szalone. Ale już zbaczam z tematu…). Czworonogi się uciszyły i nastała cisza. Spokój trwał około minuty po czym w oddali dało się już słyszeć męskie głosy ledwo po mutacji. Dżwięk z każdą sekundą nasilał się coraz bardziej i w pewnym momencie przestał się przemieszczeć. Odniosłam wrażenie, że pokaźna grupka młodzieży zatrzymała się tuż pod moim domem. Jak się później okazało byłam w błedzie ponieważ celem głównym była posiadłość mojej sąsiadki, katechetki. Nastąpiła wymiana ostrych słów i głośna narada, coś w stylu: „Ona tu mieszka, chodźcie bliżej”. Potem przez jakieś dziesięć minut było szaleńcze bieganie po ulicy i wykrzykiwanie na całe gardło „ave satan”. Ja rozumiem… emocje po siedleckim koncercie pewnego rockowego zespołu jeszcze nie opadły, ale żeby się tak pod osłoną nocy skradać i mnie przy okazji straszyć swoimi artystycznymi zachciankami…

Hmm… próbuję sobie przypomnieć jak ja radziłam sobie z zombim za czasów mojej edukacji szkolnej. Taka odważna raczej nie byłam ;)

Szelest spadających papierków

Przydałoby się jakieś opowiadanie.

Były sobie budynki…
Były naprawdę ogromne…
i potrafiły chodzić.
Były jeszcze wampiry.
Jeden z wampirów ugryzł najwyższy budynek…
i wyłamał sobie kły.
Potem wypadły mu wszystkie zęby…
i się rozpłakał.
I wszystkie wampiry zapytały:
„Dlaczego płaczesz”?
„Czy to nie twoje mleczaki”?
A on odpowiedział:
„Nie”.
Wampiry wiedziały, że…
on już nie może być wampirem.
Więc go porzuciły.
Koniec.

Machine Dreams

Niektóre rzeczy się po prostu dzieją. Tak skwitowałam to co mi się dzisiaj przydarzyło, a był to trzeba przyznać dość dziwny epizod. Otrzymałam przesyłkę. Na kopercie widniała wielka pieczątka „Hiro”, więc drogą dedukcji stwierdziłam, że musi być to list od stosunkowo mało jeszcze popularnego w Polsce magazynu papierowego i internetowego o tej samej nazwie. Obok pokaźnej pieczątki drukowanymi literami czarno na białym został umieszczony mój adres. W kopercie
znalazłam płytę Little Dragon „Machine Dreams”.
I w sumie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że nigdy nie brałam udziału w żadnym konkursie organizowanym przez ten magazyn, a już na pewno nie podawałam im swojego adresu. Jestem bardzo ciekawa kto maczał w tym palce, bo na pewno nie byłam to ja. W zasadzie nie gniewam się za prezent, który zresztą od razu przypadł mi do gustu i zagościł w odtwarzaczu na długie godziny. Oby takich wiecej ;)

Little Dragon – „Machine Dreams”
Po parokrotnym przesłuchaniu
tej płyty popadłam w stan zachwytu nad każdą nutką wypływającą z
głośników. Na „Machine Dreams” cieszy każdy najdrobniejszy szczegół –
intrygująca harmonia, świetny beat, zmyślna linia basu, dobry refren…

Nacisk na
atmosferę jest jasno dany do zrozumienia od samego początku
albumu.
Otwierający płytę „A New” zaczyna i kończy się elektronicznymi
burdonami, co brzmi niczym niedokończona myśl. Nastepna piosenka
„Looking Glass” jest mocniejsza, z większą dawką groove’ów

- idealna na
spacer.

Ruch i
fizyczność jest mocno oparta o rytm, ale krok spacerowy i odrobinę
zmieniające się tony zapowiadają zmianę w scenerii, przywołują poczucie,
że znajdujemy się w jakimś obcym, pięknym mieście.

To ton nadaje sens całemu
krążkowi, który z każdą kolejną piosenką nabiera rytmicznego „kopa”, ale
zachowuje uczucie szukania czegoś. Czy to osoby, celu, stanu umysłu albo
odpowiedniego słowa do wyrażenia jakiejś nieopisanej myśli. „
Machine Dreams”
jest od początku znajomy i trochę obcy, intuicyjnie oczywisty i celowo
niejasny.
Good stuff.

The Fun Theory

Pamięta jeszcze ktoś Yes Menów trudniących się w naprawianiu świata? Jak się okazuje panowie mają poważną konkurencję. Ulepszacze z www.thefuntheory.com postanowili pomóc milionom ludzi odpowiedzieć na pytanie: jak by lepszym człowiekiem? Nie zamieścili jednak listy nakazów i zakazów lecz wykazali się nie lada kreatywnością pokazując, że ulepszanie świata może być także przednią zabawą. No bo kto nie wytarłby butów w skreczującą wycieraczkę czy też wszedł po grających schodach zamiast wjechać po monotonnych i w zasadzie nudnych ruchomych? Osobiście też chiałabym być ulepszana w taki sposób w polskich realiach, ale póki co zostaje mi tylko wirtualne podziwianie ;)


 


Powiew Skandynawii

Plaga upałów powróciła i jakoś na horyzoncie nie widać by coś miało się w najbliższym czasie zmienić. Wyglada na to, że będę musiała zaopatrzyć się w sporą ilość chusteczek higienicznych, bo nie wiedzieć czemu, gdy temperatura rośnie i słońce przypieka dopada mnie katar. Jakoś może to przeżyję, w sumie 70 lat nie mam i póki co cieszę się jeszcze byciem nastolatką. Wzmianka o pogodzie była, więc można przejść do meritum ;)

Jak w tytule, dzisiaj będzie o Skandynawii, a dokładniej o filmach z zimnej (?) północy. W   tym miejscu pragnę pozdrowić angelazz, która w tej właśnie chwili zaszczyca swą obecnością Norwegię (Czekam z niecierpliwością na Twój powrót i na masę pięknych zdjęć =]). Już parę ładnych lat poszukuję i przyglądam się rzeczom niszowym w sztuce i mogę z ręką na sercu   stwierdzić, że w dziedzinie filmu prym wiedzie właśnie kino skandynawskie. Może wynika to z innej mentalności ludzi, którzy mają mnóstwo pomysłów i są pozytywnie zakręceni. A może po prostu wynika to z tego, że w Skandynawii jest lepszy klimat dla twórców niezależnych i o wiele rzeczy takie jak np. pieniądze artyści nie muszą się martwić (w Danii państwo dofinansowuje nawet filmy pornograficzne). Chłód, prostota i precyzja zdecydowanie do mnie przemawiają, no i w zasadzie czasami północne produkcje fundują mi to co bardzo lubię czyli filmy, w których nie do końca wiadomo o co chodzi ;) Zastanawiam się czy przeważające trudne tematy mają coś wspólnego z największą liczbą samobójstw w Skandynawii. Mam nadzieję, że to tylko brak słoneczka (którego u nas w Polsce obecnie nie brakuje) powoduje taki stan rzeczy, a tematy twórcy czerpią ze swojej ogromnej wyobraźni.

En Kärlekshistoria (A Swedish Love Story) [1970]
Rok 1970 może wydawać się w chwili obecnej prehistorią, ale niech nikogo nie przestraszą te  cztery cyferki. Gdybym nie wiedziała o tym fakcie nawet bym się nie zorientowała, że film ma  już 40 lat. „A Swedish Love Story” to debiut filmowy Roya Anderssona. Wydawać by się mogło, że to przeciętna historia o miłości dwojga nastolatków jakich wiele. Może i nakręcono już masę takich filmów, ale ten zdecydowanie warto sobie ogladnąć chociażby ze względu na  wspaniałe zdjęcia. Ostatnimi czasy powstał też teledysk do piosenki Thieves Like Us „Shyness”, który skłąda się z fragmentów tego własnie filmu. Polecam zarówno piosenkę jak i  film ;) 


Kielletty hedelmä (Zakazane Owoce) [2009]
Film pokazujący jak nadgorliwa religijność może czasami bardziej zaszkodzić niż przynosić korzyści. Naprawdę ciekawa produkcja o granicy pojęcia grzechu i o dwóch stronach wszystkich   naszych działań. Rewelacyjna muzyka i co najmniej jedna prawdziwie fenomenalna emocjonalna   scena. Scenariusz skonstruowany został wzorowo i fajnie się ten film ogląda (no może   pomijając niektóre dialogi).

The Difference Between Us

Dzień IV

L.Stadt
Uwielbiam muzykę L.Stadt. To chyba najbardziej amerykański z europejskich zespołów i to w dodatku jeszcze z Polski. Mogłabym rzec, że był to wzorowy występ otwierający scenę pod namiotem. Mogłabym, ale… Generalnie występ podobał mi się niezmiernie, aczkolwiek jak sobie przypomnę zarozumiałego, zadufanego wokalistę próbującego gwiazdorzyć, to mój entuzjazm stygnie.

Muchy
Zaraz po L.Stadt mój drugi ulubiony polski zespół. Bardzo fajnie się złożyło, że mogłam usłyszeć oba jednego dnia i w dodatku jeden po drugim ;) Dobrze się słuchało, ładne teksty i w ogóle ukłony. Szkoda tylko, że mega niewyspanie i zmęczenie dawało o sobie nieustanie znać. Trochę odpływałam lecz ważne jest to, że Galanteria i Najważniejszy Dzień doleciały do mych (także już trochę padnietych) uszu.

Kings of Convenience
Idealna muzyka do bujania w obłokach. O ile dobrze pamiętam słuchałam rozłożona na murawie i w dodatku widziałam wszystko co działo się na scenie. A na scenie stało dwóch panów z gitarami. I nie były to gitary elektryczne. Nic z tych rzeczy. Panowie wywijali na klasykach, a w przerwach opowiadali publiczności historie. Właśnie za wspaniały kontakt z publicznoscią i niebanalne poczucie humoru należą się ogomne brawa dla Kings of Convenience. Chciałabym jeszcze kiedyś usłyszeć na żywo ten zespół. Subtelne i czarujące dźwięki wypływajace ze zdawałoby się banalnych instrumentów to zaiste miód na uszy. Kto wie, może następnym razem zaskoczą publiczność i sprawią sobie perkusję ;)


The Hives
Pełna sił witalnych po występie Kings of
Convenience
przywitałam czarujących szwedów na mainie. Jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze nie słyszał, to radzę szybciutko nadrobić zaległości. Energii płynącej ze sceny było tyle, że elektrownia w Bełchatowie wymięka. The Hives zna się doskonale na rock’n'rollu i doskonle wie jak sprawnie dyrygować publicznością. Wokalista przez swoje dość narcystyczne podejście i wymyślne historie tak zahipnotyzował openerowiczów, że w pewnym momencie wszyscy usiedli na trawie po czym wokalista niczym dyrygent sprawił, że wszyscy jak oszalali wyskoczyli w górę by wykonać w wielkim stylu finał „Tick tick Boom”. Dosłownie robił z publicznością co chciał. Co zapamiętałam najbardziej? Chyba wokalistę ;) Chylę czoła przed tym człowiekiem, bo naprawdę wie co zrobić żeby występ na długo pozostał w pamięci. Bieganie po scenie, wspinanie się po konstrukcji sceny, szaleńcze skakanie i wychodzenie do publiczności z mikrofonem. Powiadam: gdyby nie przewód od mikrofonu i techniczni, którzy pilnowali, żeby się nic nie rozłączyło, Howlin’ Pelle Almqvist już dawno dołączyłby się do szaleńczych tańców publiczności.


 
Wild Beasts
Po The Hives kolejna okazja by dać odpocząć ciału i poleżeć na murawie przy spokojniejszej dawce dźwięków. Mało przebojowy, acz i tak na swój sposób wyrazisty repertuar doskonale nastroił mnie na resztę wieczoru. Przełomowych momentów nie pamiętam, więc pewnie takich nie było, albo po prostu zbyt mocno moja wyobraźnia wyprowadziła mnie poza rzeczywistość. Chociaż nie, wróć… na tym koncercie dość przystojny osobnik pożyczył ode mnie chusteczki higieniczne i obdarzył mnie rozbrajającym uśmiechem ;)


The Dead Weather
Razem z The Hives zdecydowanie namber łan. Każdy kto mnie zna chociaż raz w życiu usłyszał pewnie jak wychwalam i ubóstwiam Jacka White’a, a w szczególności jego rozliczne talenty. No i stało się, nareszcie doświadczyłam na własnych zmysłach geniuszu tego człowieka. To już jego trzeci z kolei koncert w Polsce, ale zadziwiające jest to, że co roku przyjeżdża z innym swoim projektem. Na ten rok przypadło The Dead Weather – supergrupa, która w ciągu zaledwie roku wydała dwa krążki. Pozostaje tylko pogratulować płodności ;) Według mnie był to występ idealny. Rozczochrana Alison Mosshart na wokalu, emanujący spokojem Jack White na perkusji i dwóch równie zdolnych panów na pozostałych instrumentach. Btw… Chyba White pozazdrościł Meg White perkusji, bo naprawdę się przyłożył do swojej roli i ładnie wszystko wyszło (chociaż z drugiej strony sam nauczył Meg na niej grać…) =] Jak tylko załoga wkroczyła na scenę od razu przed oczy wrócił mi słynny „Dead Man” Jarmuscha. Atmosfera i klimat tego filmu jak na moje oko doskonale komponował się z tym co działo się na scenie. Wspaniały, klimatyczny, pełen  hipnotyzującej magii surowych gitar występ.


Fatboy Slim
Pokiwać się było można, ale generalnie jestem zawiedziona.


 

Over and Over

Dzień III

Skunk Anansie
Cały czas sobie przez ostatnie dni powtarzam: gdzie byłam, co robiłam, czego słuchałam w latach dziewięćdziesiątych? Bo na pewno nie było to Skunk Anansie, a szkodaWidocznie musiałam przejść tą dość krętą drogę przez Fasolki i The Kelly Family żeby w 2010 roku przejrzeć na oczy i uszy ;) Sprawa z koncertem Skunk
Anansie
wygląda mniej więcej tak: rewelacja! Jak się dowiedziałam z różnych źródeł zespół dopiero co się reaktywował i po dziesięcioletniej przerwie wrócił na scenę. Muzycznie genialnie, dynamicznie i żwawo. Wokalistka biegała po całej scenie, schodziła do tłumu, a czasami nawet dawała się ponieść na fali rąk publiczności. Niby nic nadzwyczanego, ale chylę przed nią czoła ponieważ nie każdy byłby w stanie wykonywać te czynności jednocześnie śpiewając i to czysto. Zero fałszu, 100% profesjonalizmu. 


 

Kasabian
„Poland,you’re fucking empire”  rzekł Tom Meighan po zagraniu przeboju „Empire” (chyba moja ulubiona piosenka Kasabian). Jeden z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych koncertów. A czekać było warto, bo naprawdę nieźle się wybawiłam. Usłyszałam wszystko co chciałam i jestem zadowolona. Początkowe problemy z nagłośnieniem w sumie mogę puścić w niepamięć. Wyskakałam się, naśpiewałam i jest ok ;)


 

Hot Chip
To było coś. Niby nieśmiali panowie w wielkich okularach i sweterkach, a potrafią zdziałać wiele. Jak openerowe pole długe i szerokie nie widziałam osoby, która by nie tańczyła, albo chociaż ruszała stopami w rytm muzyki. Osobiście czekałam na trzy piosenki: „Over and Over”, „Ready for the Floor” i „I Feel Better”. Czekałam, usłyszałam i jestem w pełni usatysfakcjonowana. Resztę setu potraktowałam jako dobrą zabawę ;)


We Call It a Sound
Świeże odkrycie na polskiej scenie muzycznej. Bardzo dobry debiutancki album przypadł mi do gustu, więc warto było sprawdzić przy okazji czego mogę się spodziewać po koncercie. Pierwsze wrażenie nie należało do najlepszych, gdyż koncert rozpoczął się ze sporym opóźnieniem (dla mnie to minus jak z Warszawy do Szczecina). Ładnie zagrane, melodyjne piosenki. Hitów raczej nie będzie, ale nie każda muzyka musi być pełna rozmachu i nastawiona na przebojowość. Jako debiutujący zespół widać, że nie oswoili się jeszcze ze sceną, bo ruch sceniczyny był na poziomie minus jeden. Jak popracują tochę nad kontaktem z publicznością  myślę, że będą z nich ludzie =]

Regina Spektor
Czy można poruszyć publiczność na wielkim festiwalu siedząc przez cały koncert przy fortepianie i śpiewając smętne ballady w akompaniamencie smyczków? Jak się okazuje można. Regina Spektor jest tego żywym przykładem. Niezwykła barwa głosu i dziwne miny z dźwiękiem fortepianu w tle – te elementy zapamiętałam najbardziej. Sama wokalistka sprawiała wrażenie silnie przestraszonej i czasami zastanawiałam się czy kariera muzyczna przy takim stopniu nieśmiałości da radę się rozwinąć. W tym przypadku talent przebił nieśmiałość, a skromne „dziękuję” w wykonaniu Reginy Spektor rozwiało moje wątpliwości. Ta pani jeszcze światu pokaże na co ją stać, bo to co zrobiła do tej pory w muzycznym świecie było genialnym preludium.