Miesięczne archiwum: Sierpień 2010

|^*#$@%^^|

I rzekł jegomość do kryminalisty: „która godzina?”
Kryminalista na to: „nie znam się na zegarku”

# Nie można wierzyć prognozie pogody. Mówią że będzie słońce a pada, a jak ma być zimno to słońce przypieka. Amatorzy.
# Była mysz, teraz żaba… jeszcze tylko słoń mi po nodze nie przeszedł.
# Wiesława to kabel. Wredny, obgadujący za plecami perfidny szpieg.

Amen

lost & found

Bolączka sobotniej
nocy (2003)

Ta krótkometrażowa forma filmowa potrafi mnie rozśmieszyć za
każdym razem gdy po nią sięgam. Dla większości śmiertelników zapewne produkcja Dominika
Matwiejczyka to 19 minut czystej bezwartościowej nudy. I w zasadzie można
odnieść wrażenie, że na boisko wszedł nie rozgrzany piecyk, lecz gra na polu
offowym rządzi się nieco innymi prawami. Szybka piłka: trzech kolegów podrywa
dziewczyny w klubie. Każda sytuacja w jakiej się znajdują zarysowuje pod innym
kątem rzeczywistość półświatka nocnego życia. Okazuje się jednak, że odwaga opuściła
chłopaków szybciej niż rozwijające kosmiczne prędkości auto jednego z bohaterów
filmu. Scena końcowa, w tle której możemy usłyszeć wzruszającą, chwytającą za
serce popową formę muzyczną w polskim stylu jest po prostu genialna. A całość można sobie oglądnąć tutaj

Unmade Beds (2009)

Kwintesencja brytyjskiego stylu wypełnionego po brzegi
multikulturowością. „Unmade beds” poprzez obraz i muzykę definiuje życie
współczesnego Londynu. Fabuła zbudowana jest na zasadzie niedopowiedzeń, które
zresztą w większości nie zostają rozwinięte, a w efekcie pewne kwestie
pozostają bez wyjaśnienia. Całość koncentruje się wokół mieszkańców
londyńskiego squatu. Zamieszkuje go grupka młodych ludzi, którzy pomimo
wspólnego dachu nad głową praktycznie nie wiedzą o swoim istnieniu. Ich
historie nie są wyszukane. Alexis Dos Santos ujął w klamrę to co w zasadzie
należy do normalności. Rzeczywistość życia na własną rękę, marzeń, tęsknoty,
conocnych imprez, wiecznego trzeźwienia. Wszystko to oblane jest sosem banalności
jakich mimo wszystko jest jak na lekarstwo w sztuce filmowej. Akcja nie toczy
się w zawrotnym tempie rzekłabym nawet, że jest tak bardzo statyczna. W
normalnych okolicznościach pewnie dawno bym zasilała grono przysypiających. Pobudziła
mnie bez wątpienia muzyka. Podobnie jak to było w przypadku takich filmów jak
chociażby „Control” czy „Once” dźwięk odgrywa kluczową rolę. Można usłyszeć
energiczne indie w wykonaniu Good Shoes, delikatny powiew Tindersticks, troszkę
synthpopu We Are Performance i wiele innych wspaniałych dźwięków.

 

PS. Teraz
będzie bardzo nieoficjalna wiadomość ale za to zdobyta u samego źródła, a
dotyczy (znowu) Yeasayera. Otóż moi mili wystarczyło po koncercie w
praskiej Lucernie poczęstować Ananda polską wódką by dowiedzieć się, że
szykuje się gig. Podobno 1 listopada, Warszawa. Informacja nie została
jeszcze przez nikogo potwierdzona, lecz do listopada jeszcze trochę
czasu pozostało więc teoretycznie wszystko może się zdarzyć. Po
openerowych harcach pod namiotem chętnie posłucham jeszcze raz Yeasayera.
Tak więc, widzimy się na koncercie (najlepiej w Stodole albo Palladium) ;)

Manewr dentysty

Przeterminowały mi się książki z biblioteki, znowu. Dziabnęło mnie to prosto w śledzionę. No bo jak to tak? Zawsze się orientuję dzień po przekroczeniu terminu. A pani bibliotekarka ma wysokie ciśnienie płatnicze krwi i nic się na to nie poradzi. W jej oczach moje usilne tłumaczenia są wiarygodne jak koparka na targach żeglarskich. I w takich właśnie chwilach tęskni się za starymi bibliotekarskimi zwyczajami. Jako księgowa w krainie mroku reprezentująca półświatek polskiej rachunkowości mówię stanowcze nie dla takich rygorów. Biblioteka 2.0 ot i co!

I podobno nie ma już Francji. Bullshit!

Wsioryba

Gdybym miała wytypować najbardziej irytujący typ człowieka, to niekwestionowane

zwycięstwo przypadłoby ślamazarnym sójkom co za morze się wybrać nie mogą. Nie wiem co za radość można czerpać z wprawiania innych w stan niepoczytalności i wzburzenia, ale chyba musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie takiego stanu rzeczy. Faktem jest niestety to, że Działaczka mimo swojej anielskiej cierpliwości wyszła z siebie i stoi obok.

Zabawa zaczyna się dość niewinnie. Uśmiechy płynące zewsząd, miłe słowa, komplementy co chwilę. Nic nie zapowiada mających nadejść wydarzeń. Cisza przed burzą nie trwa jednak wiecznie. Ktoś delikatnie sugeruje, że pora się zbierać. Komunikat został nadany. Jedno sudoku, drugie… piąte… siódme… W pewnym momencie już nie jestem pewna czy to ja tak szybko rozwalam te łamigłówki czy to czas tak wolno płynie. Jedno jest pewne: od nadania komunikatu minęło już sporo czasu, a na horyzoncie nadal nie widać jeszcze oczekiwanej osoby. Myślę sobie: no dobra, czekam jeszcze pięć minut. Mija minuta za minutą, przychodzi i ta piąta graniczna. I co? I nic. Dostaję pierdolca, a moja twarz komunikuje wszystkim wokół hasło ‚nie zbliżać się, bo ugryzę’. I właśnie w tym momencie przy sudoku numer 12 wyłania się uśmiechnięta, cała w skowronkach przyczyna irytacji. Wsiadamy do auta i w drogę. Na plecach czuję jednak, że to nie koniec. Nerwowe ruchy, przyspieszony oddech i oczywiście uśmiech pokazujący praktycznie w całości uzębienie. Już nie pytam o co chodzi celuję w ciemno ‚tak, nie jeździłam od roku samochodem’. Nerwowa atmosfera nie ustępuje, więc uspokajam wszystkich zapewnieniem, że nie mam zamiaru wyprzedzać nikogo, a jakby się jakiś ciągnik nie daj boże przytrafił będę za nim jechać chociażby do końca trasy (czyt. 20 km). Nie wiem w jakim stopniu uspokoiło to towarzystwo, lecz ja ze swojej strony już zionęłam ogniem. Nie ogarniam takich ludzi.

Z perspektywy 73 minut dzielących mnie od tamtych wydarzeń stwierdzam że:
1) Potrzebuję obejrzeć jakąś argentyńską telenowelę.
2) Nie można ufać ludziom.

Madder Red

Dziwną rzecz dzisiaj ujrzałam.

Każdy kto poczuł na własnej skórze utratę ukochanego psa lub kota (nie zaliczam się do grona tych person) wyczuje pewien absurd w łamiącym serce nowym teledysku Yeasayera „Madder Red”. Gwiazdą klipu jest aktorka młodego pokolenia Kristen Bell, która wciela się w postać lekko obłąkanej właścicielki chorego zwierzaka. Zwierzaczek jest (ujmując to delikatnie) bezkształtnym, bezpłciowym, jednookim ochydztwem (i nadal darzony jest przez włąścicielkę bezgraniczną miłością!). Całość nakręcił szwedzki reżyserAndreas Nilsson (odpowiedzialny m.in. za klipy MGMT, White Lies, Goldfrapp). Co z tego wyszło można zobaczyć poniżej. Osobiście bardzo lubię tą piosenkę, jednakże teledysk mnie nie powalił. Owszem jest interesujący i pomysł jawi się dobrym, lecz czy obraz pasuje do dźwięków? Według mnie nie, ale może to tylko moje spostrzeżenie. Muzyka Yeasayera jak najbardziej, a teledysk… cóż… To okropne przedstawienie. Ropiejący wrzód na twarzy wideografii.

 


Death In Warsaw

Varsovia

1. W maku nadal rozdają szklanki. Poczułam się w obowiązku zdobyć drugą. Byłam, skonsumowałam fastfooda, drugą szklankę dostałam. Jakby nie patrzeć to już zestaw… ;)

2. Pekin nadal stoi i się wywyższa. Budynek fascynujący pod każdym względem stanął sobie na środku Warszawy, a wzniesiony został rękami Sowietów. Przeczytałam co pisze Wikipedia na temat Pałacu Kultury, była to interesująca lektura. A gdzie mieszkali budowlańcy z plemienia rusków? A mieszkali na Jelonkach. Mój sentyment do Pekinu wzrósł gdyż miałam okazję pomieszkać w tych zabytkowych rezydencjach. Cóż… okolica ładna, spokojna, zupełnie nie Warszawa.

3. Na ulicach przewijają się praktycznie sami starzy ludzie.

4. Pałac prezydencki oblegany przez cały czas. Nie mogłam się oprzeć, po prostu musiałam to zobaczyć. Jestem zażenowana maksymalnie. No comment.

5. Kino pod chmurką to bardzo fajna sprawa. Seanse zaczynają się o 21:45 więc pora jak najbardziej odpowiednia. Codziennie w innym miejscu grane są różne filmy. Byłam w Parku Sowińskiego (tak, to tam grali Sigur Rós) na „Appleseed”. W zasadzie pod chmurką nie siedziałam, bo seans był w amfiteatrze, ale zawsze na świeżym powietrzu. Na ciepłe wieczory jak najbardziej dobry pomysł na spędzenie wolnego czasu. Chociażby ze względu na to, że wstęp na każdy seans jest wolny.

6. Przybyło parę naprawdę ciekawych murali. Nie uwiecznione teraz, zostaną sfotografowane w przyszłości (ha! naprawiłam swoją cyfrówkę, więc będę szaleć =]).

7. Stadionu na stadionie już nie ma. Tzn. Stadion narodowy się buduje w dalszym ciągu, ale wmurowało mnie w chodnik, gdy podążajac w kierunku pekaesów nie zobaczyłam ani jednego kramu z chińską odzieżą. Wszystko dookoła jest w fazie rozbiórki. Z jednej strony się cieszę, z drugiej jednak zasmuciłam się nieco ponieważ chciałam sobie kupić używany aparat analogowy. Na stadionie mieli. Stadion się skończył, aparaty wraz z nim.

8. Zachęta nie została niestety przeze mnie odwiedzona. Oficjalnie zapisuję ten punkt na mapie Warszawy do miejsc, które muszę zaszczycić swoją obecnością.

9. Filmweb. Hmmm… nie zdawałam sobie nigdy sprawy z tego, że ma siedzibę jakieś 800 metrów od mojego akademika…

10. Twarz radiowa. Zostanie ujawniona.

11.  Boss… zimna maszyna kaput.

Rzekł polski robotnik pracujący poza granicami ojczyzny do szefa, chcąc poinformować go o awarii w jednej z chłodni na owoce.
Historia autentyczna, zasłyszana.

12. Uwaga na kanary. Na mieście jest ich niezliczona ilość, chyba zatrudnili nowych łowców. Kontrolują jak nigdy dotąd…

now…
Łossechusetts,
Wisteria Lane,
heima.