Miesięczne archiwum: Wrzesień 2010

mowa trawa ludzie grzyby

Fang Island, połączenie matematycznej precyzji z nutką nieusystematyzowanego środka powodującego radość ogólną. W zestawieniu z niezwykłymi okolicznościami przyrody, przyjemnie prażącym słońcem w samo południe, widokiem na las i plastikowym kubeczkiem wypełnionym szampanem smakuje jeszcze lepiej. I weź tutaj człowieku myśl o przeprowadzce i ciąganiu walizek w strugach deszczu. Póki co przyjemne dźwięki wypływające wcześniej ze słuchawek, a obecnie z głośników wywołują we mnie bliżej niesprecyzowane uczucie wygranej. Żyć nie umierać! ;)


Shi(f)t

pasma myśli, jak babie lato
na szybie umysłu
idzie jesień

Ktoś kiedyś powiedział, że kto staje się potworem zrzuca z siebie ciężar bycia człowiekiem. I w zasadzie miał rację, teraz to dostrzegam bardzo wyraźnie. Nie sztuką jest mówienie drukowanymi literami jednocześnie podkreślając fakt, że słowa nie ranią. Każda istota uważająca się za człowieka to wie i rozumie. Gorzej jak traci się pierwiastek człowieczeństwa na rzecz małpiego rozumu, niby jeszcze ludzkiego, ale już przepełnionego dzikością żółtej pantery.

Przychodzi do mnie taki kwazi-człowieczyna i włącza Shift. Nie wiem czy oczekuje przytaknięcia czy tylko chce mnie spłaszczyć do poziomu asfaltu, by następnie przejechać po mej skromnej osobie walcem. Nic nie poradzę na to, że czasem mam odmienne zdanie. Niestety próby wytłumaczenia w zasadzie prostych i klarownych faktów są jak przemowa do rzeki: niby coś dotarło ale chwilę później już olśnienie odpływa i zaczyna się wszystko od początku. Może po prostu zbyt wiele oczekiwałam po umysłach przepełnionych nędzą intelektualną, telewizyjnymi tasiemcami i tańcami na wodzie. Nie zdziwię się gdy na pytanie – „jak się poznaliście?” w odpowiedzi usłyszę – „Spojrzał na mnie kiedy oglądałem go w telewizji. Pomachał do mnie”. I proszę nie oczekiwać ode mnie skruszonego serca. Nikt nie będzie mi sypał piachem w twarz. Dziękuję za uwagę.

Lokalny greps

Dzień dobry, cześć i czołem!
pytacie skąd się wziąłem?
jestem wesoły Romek
mam na przedmieściu domek
a w domku wodę, światło, gaz
powtarzam zatem jeszcze raz:
jestem wesoły Romek…

Polscy hakerzy nie zasypiają gruszek w popiele. Tak jak Wojciech Gąsowski jako jedyny człowiek wie gdzie się podziały tamte prywatki, nasi kodołamacze prawdopodobnie jako jedyni na tej planecie wiedzą jak zawstydzić tęgie umysły Amerykańczyków. Co prawda wesoły Romek już nie króluje na stronie pewnego zaocenicznego serwisu wojskowego, a jego miejsce zajął „fatal error” lecz pokazuje to jak zdolni są nasi hakerzy, zdecydowanie jeden z najlepszych polskich „towarów eksportowych” ;)

Też kiedyś chciałam zostać hakerem (może prościej byłoby napisać kim nie chciałam zostać, ale nie wdawajmy się w szczegóły). Jednakże po rozkręceniu pewnego radioodbiornika, który nigdy już nie odzyskał kształtu pierwotnego nie wspominając już o przywróceniu jego pierwotnych funkcji zrezygnowałam z dalszych starań w tym kierunku. Jedynym z moich chwalebnych czynów w tej dziedzinie okazało się „złamanie” hasła do konta bibliotecznego i pocztowego pewnej osoby, której z imienia nie wymienię, bo pewnie by mnie niezła nagana słowna spotkała. Tak więc nie oszukujmy się, haker ze mnie żaden. Sierotka Marysia 2.0 polskiego Internetu co najwyżej.
(A tak w ogóle to jest nowa zabawka na fejsbuku :) Jak się wpisze swoje hasło w komentarzu to wyskakują gwiazdki. Można się pobawić w wolnym czasie :D )

Abstrahując od tematów poruszonych powyżej… Chciałam opowiedzieć dowcip o sarnie, ale zostawię chyba ten „smaczek” na inną okazję. Nadziałam się ostatnio na sarnę, która została brutalnie zamordowana przez jakiegoś dzikiego stwora. Sarenka była już zimna, a mój świat runął w momencie gdy zobaczyłam jej przestraszoną mordkę i przygryźniety jezyk. Eh… zbyt łatwo się wzruszam. Koniec.

PS. Podobno teraz na czasie jest podpisywać się imieniem i miejscem aktualnego pobytu. W sumie żadne odkrycie, bo był przecież Jurand ze Spychowa, Wiesław z Bobolic czy też Zbyszko z Bogdańca, ale niech już będzie.

z wyrazami szacunku
Aneta z Łosecziusets

5 w skali APGAR

Dokładnie dwa lata temu upadł bank Lehman Brothers. Do tej pory rynek finansowy oblewa się zimnym potem na wspomnienie tego pamiętnego dnia. Osobiście także czuję ducha tamtych dni na swoich plecach. Ducha kryzysu i makroekonomii przez którą zmieniłam podejscie do świata. Słońce dzisiaj znajduje się w zodiakalnym gwiazdozbiorze Panny, a imieniny obchodzą Albin, Dolores, Ekhard, Eutropia, Filotea, Filoteusz, Jakert, Jeremi, Jeremiasz, Kamil, Katarzyna, Maria, Nicetas, Nikodem, Nikomedes, Roland, Teodor i Walerian. W zasadzie nie widać słońca, bo padało, pada i padać zapewne będzie ale jako zodiakalna Panna czuję się w obowiązku zaznaczyć obecność tego faktu w kalendarzu. W Japonii dnia września piętnastego niegdyś obchodzono Dzień Szacunku dla Starszych, teraz też obchodzą ale nieco inaczej. I tak zawsze wychodzi na to że młodzież jest zła bo nie słucha starszych, a biedni podeszli wiekowo stają się ofiarą inwazji barbarzyńców młodego pokolenia. Na naszej polskiej ziemi również świętujemy. Co prawda nic górnolotnego bo Dzień Opakowań ale zawsze jest powód do zadumy. I to chyba koniec dobrych informacji.

Aneto K., co jest z Tobą? Wyglądasz jak zniewolona małpka na rowerku.
Znalazłam się w zoo pełnym gadów.
15 września 2010 oficjalnie nazywam dniem złym.

Co się dzieje w pięknym świecie

Niedziela, 12 września 2010. Do świąt Bożego Narodzenia pozostało 103 dni. Po pocałowaniu klamki w rozsuwanych drzwiach w Biedronce skierowałam się w stronę Wisteria Lane. Przeszłam obok świeżo pomalowanej placówki oświatowej, do której uczęszczałam 12 lat i myślałam, że nic mnie już nie zadziwi. Błąd. Jak się okazuje mój sąsiad postanowił zawiesić lampki świąteczne na frontowej ścianie swojej posiadłości. Trochę dziwne, przecież nawet jeszcze ciężarówka z Coca-Colą nie przemknęła w telewizji. Widocznie baraszkowanie na granicy elegancji i obciachu jest teraz na czasie. A może po prostu w Łosecziusets jest jakaś promocja, o której nic mi nie wiadomo. Nieodgadniona tajemnica… (ale Mikołaj może przyjść, jestem za)

Teraz za to mam całkiem nowy plan. Plan który narodził się w otchłaniach moich myśli już jakiś czas temu, ale nigdy jeszcze nie przybrałam się do jego realizacji z takim zapałem jak dzisiaj. Mam zamiar przeczytać wszystkie książki, które mam na półkach w swoim pokoju. Oczywiście jakieś dwie półki już mogę sobie skreślić z listy, ale są takie książki do których nigdy nawet nie zaglądałam. Po prostu sobie stoją i nikomu nie przeszkadzają. No bo w sumie jak za dwa tygodnie zacznę na nowo podboje Empików, Trafficów, antykwariatów i bibliotek, to mój plan znowu może się odsunąć w czasoprzestrzeni. Zaczęłam od „Samotności długodystansowca” Alana Sillitoe. Nawet nie przypuszczałam, że mam w posiadaniu tego typu pozycje. Generalnie nawet podobały mi się te dwa opowiadania. W zasadzie od kiedy sięgam pamięcią zawsze lubiłam historie o ludziach znajdujących się po ciemnej stronie mocy. Ciekawa jestem jak długo pociagnę z moim przebiegłym planem :)

Dobra, koniec wywodów. Zakopuję się z ukraińskimi cukierkami pod kołderką i obejrzę sobie film. (A tak swoją drogą to te zagraniczne łakocie o wdzięcznej nazwie „Bjelissimo” biją wszelkie rekordy słodkości. Jeszcze nigdy nie konsumowałam czegoś tak słodkiego.)

The Truth Is In The Dirt

Внимание!
W listopadzie startuje Centrum Nauki Kopernik. Myślę, że będzie co podziwiać i to miejsce stanie się jednym ze sztandarowych punktów na mapie kulturalnej Warszawy. Już teraz można się zgłosić na ochotnika by również mieć udział w uroczystym otwarciu. O co chodzi? Już tłumaczę. Otóż otwarcie Kopernika ma uświetnić wyreżyserowany przez Petera Greenawaya (twórcę takich filmów jak „Kontrakt rysownika” i „Księgi Prospera”) spektakl/show/performens pt. „Wielki Wybuch”. Greenaway
poszukuje 250 osób: amatorów i profesjonalistów, młodszych i starszych,
aktorów, tancerzy, warszawiaków i osób spoza Warszawy.
Wiecej o projekcie można sobie poczytać na stronie Centrum Nauki Kopernik www.kopernik.org.pl . Sama usilnie zastanawiam się nad wypełnieniem formularza. Póki co powstrzymuje mnie mój nieogarnięty terminarz, ale kto wie może się pojawię :)

Z cyklu sympatyczne zjawisko muzyczne
Żona Jacka White’a – Karen Elson atakuje. Jedna z najbardziej wziętych modelek na świecie, matka dwójki dzieci i jeszcze na dodatek ładnie śpiewa. Epickość w stylu retro, jestem na tak!


 

Symphony No. 25 in G minor, K. 183

Mała przyjemność każdemu od czasu do czasu się należy. Zauważyłam że w moim wypadku takie podejście do życia działa wręcz zbawiennie na stan mojego samopoczucia. Czy to drogie perfumy, książka, jakiś ciuch czy po prostu zwykły długopis z wypasioną fizjonomią. Nie ważne co, liczy się to by odreagować.

Kupiłam sobie dzisiaj głośniki. Takie zwykłe 2.1 żeby nie przesadzać, ale żeby było też coś słychać. Rozpakowywanie nowego sprzętu elektronicznego od zawsze sprawiało mi wielką przyjemność. Szelest styropianu, zdzieranie folii, zapach zdechłego wieloryba… Coś pięknego. Mniej korzystnie przedstawia się stan mojego konta, ale nie ma co się przejmować takimi drobiazgami. Co prawda czasami dziki głos każe mi myśleć o pryncypiach ale żyje się tylko raz, nie ma sensu się ograniczać. 

A oto lista małych przyjemności na przyszłość:

1) Fortepian (i to nie będzie zabawka tylko najprawdziwszy w świecie instrument)
2) Zaszczycenie swą obecnością Romy i obejrzenie „
Les Misérables”. Niestety „Upiora w operze” nie grają w tym sezonie :(
3) Kredki Bambino

Powracając do przyjemności przeszłych… Klaxons wrzucili na swoim profilu YouTube filmiki z Openera. Jej… jak sobie teraz przypomnę stan mojego głosu po tym koncercie, to przyprawia mnie to o zawroty głowy. A jeśli już o głowie mowa… Jestem prawie pewna, że widzę swoją czuprynę w tłumie :)


Walk Idiot Walk

Dziwny dzisiaj sen miałam. Śniło mi się The Hives dające koncert w warszawskich łazienkach. Pod sceną była niewielka grupka młodzieży (w tym ja i mój kolega). Z tego co pamiętam to dostałam od Pele nuty (!), a później spotkałam ziomków z zespołu gdzieś na ławeczce. Relacja ze snu jest tak niezrównażona jak sam sen. W zasadzie ta historia była bardziej rozbudowana i zaskakująca, ale niestety już nie pamiętam szczegółów. Może wynika to z tego, że nie jestem przyzwyczajona do wstawania o 7 rano i do bestialskiej walki z budzikiem, którą zresztą zawsze przegrywam. Proza życia.

Chata wuja Toma tradycyjnie przyniosła wiele zaskakujących momentów i kultowych wręcz wypowiedzi. Dzisiaj zacytuję Ryśka. Ryszard po nocnych hulankach zawsze rano jest jeszcze wesoły i gadatliwy. I nie ma się w sumie czemu dziwić, bo śpiewać potrafi (mało kto wie, że w przeszłości był członkiem kapeli weselnej), a i żart także czasami ma powalający.

„Włożę czapkę bo rozum mi odlatuje.”
                                                         /Rysiek/

A tak w ogóle to mi sie dzisiaj nie chciało. Dzisiaj pragnę się lenić. Odrzucę pośpiech zbytni i wszystkie myśli chore. Właśnie dzisiaj, właśnie dzisiaj stanę się swobodnym kalafiorem.