Miesięczne archiwum: Październik 2010

hola hola niedobry człowieku!

Myśl przebiegła, myśl okrutna zdawałoby się nikomu nigdy w życiu nie zaszkodziła. Jak się okazuje, niekoniecznie.
Poszłam do ksera. Po ostatnich doświadczeniach z dość długim oczekiwaniem w kolejce doszłam do wniosku, że wydrukuję wszystkie dokumenty od razu i będę mieć spokój na przyszłość. Chociaż żal przepełniał me serce jak ludzie czekali na moje 237 stron wypluwanych od niechcenia przez urządzenie drukujące, to nie ugięłam się okazując przez cały czas kamienną twarz. Obsługiwało mnie dziweczę lat 20+x. W sumie to klikanie w „plik”=>”drukuj” dobrze jej szło i wróżę jej błyskotliwą karierę w tym zawodzie, lecz rzecz inną chciałabym podkreślić wracając przy tym do zamysłu zdania pierwszego. Otóż nad dziewczęciem rozpracowującym pilnie dość pokaźną listę plików z mego urządzenia przenośnego zawieszona była półka. Znajdowały się na niej tony papieru, książek i sfatygowanych fruwających kartek. Zawiesiłam swój wzrok na tej pokaźnej kolekcji i przez moją głowę z predkością światła przemknęła myśl: co by było gdyby tak półka nie wytrzymała cieżaru jaki dźwiga… Nie zdążyłam tak na dobrą sprawę dokończyć owej myśli, a zawartość półki spoczęła z wielkim hukiem na głowie dziewczęcia w wieku lat dwudziestu paru. Wniosków nasuwa się parę:
a) jestem czarownicą
b) przyciagam
ewentualności anomalii
c) za dużo myślę

Niepotrzebne skreślić.

Megapixel

Chaotyczny świat, w którym panuje paradoksalny porządek. Tak wygląda obecnie moja egzystencja. Rzeczy do zrobienia jest cała masa, a ja po prostu nie mam czasu. Przyspieszam więc tempo i chadzam truchtem, rzucam się wprost do zamykających się drzwi metra zamiast poczekać dwie minuty na następne, odpisuję na sms-y po dwunastu godzinach… Przykłady można mnożyć, ale to i tak nie zmienia faktu, że najzwyczajniej w świecie nie nadążam. W Łoseczusetts było inaczej, ale jak wiadomo miasto to jawi się unikatem na skalę światową, więc nie ma co się rozczulać. Trzeba łapać co się da zanim szybko ucieknie. Dlatego opowiem dzisiaj o dwóch rzeczach, które zdołałam umieścić w moim dość napiętym terminarzu.

Pierwszym interesującym miejscem, które zaszczyciłam swoją obecnością jest Narodowa Galeria Sztuki Zachęta. Obecnie można tam obejrzeć 3 wystawy (plus nieoficjalne, ale jakże ciekawe obrazy o tematyce fauny i flory popełnione przez nieletnich). Osobiście najbardziej poruszyły mnie wypociny twórcze Jakuba Juliana Ziółkowskiego. Jego grafiki przypominają rozbudowane struktury, szkatułkowe kompozycje, gdzie snute opowieści tworzą całą pajęczynę znaczeń. Odnoszę silne wrażenie, że artysta zagrał na nosie pop-banalizmu i poprzez nadrealizm pokazał rzeczy odrażające i odrzucające w pięknej formie. W jego sztuce istotne są relacje pomiędzy rzeczywistością obrazu, a tym co tą rzeczywistość tworzy. Niebywałe zjawisko (Osobiście polecam przepiękny obraz pt. „Andżelika” :D). A tu tak do polizania kompozycja o wymownej nazwie „The Clash”:

Teraz będzie bardziej młodzieżowo, gdyż podzielę się moimi osobistymi przemyśleniami na temat koncertu panów z gitarami, donośnymi gardłami, dudniącymi talerzami, głośnymi klawiszami i nieokiełznanymi ruchami. Jak większość już się pewnie domyśliła po dość wyczerpującym opisie, rzecz dotyczy Cool Kids Of Death, a dokładniej wczorajszego występu w Śnie Pszczoły w ramach jesiennej trasy Loud & Quiet. Zacznę od początku, bo tak będzie najłatwiej. Na to wspaniałe wydarzenie przepustką był zielony bilet, który uprzejmie informował, iż koncert zaczyna się o 20:00. Myślę sobie ok, jak zawsze będzie pewnie godzinne opóźnienie, więc pójdę sobie na 21. Wdeptuję, a tam co? nic. Ludzie się miotają, a w tle żadna muzyka nawet nie leci (później zapuścili Nelly Furtado). Przeszłam sobie po klubie, który znajdował się w piwnicy i swą surowością zawstydza nawet Hydrozagadkę, obejrzałam graffiti, usiadłam w kołyszącym się teatralnym fotelu i zaczęłam medytować. Przesiadziałam tak z godzinę i dojrzałam jakiś ruch obok sceny. Z lekkim już znudzeniem wypatrywałam dalszego rozwoju wydarzeń. Jak się okazało występ rozpoczął AXMusique. Dwóch panów zapodających bity przez następną godzinę nie zdołało podnieść na duchu znudzonych właścicieli zielonych biletów. Mi też już się nie chciało, ale skoro się pofatygowałam na niebezpieczną Pragę to trzeba było dotrwać do koncertu. Około 23 zajęto się wreszcie regulowaniem mikrofonów i sprzętem. Trwało to kolejne DŁUGIE minuty, ale na horyzoncie niewyraźnie zarysowywała się odrobina nadziei. I zaczeli, wreszcie! Oczywiście po jednej piosence nagłośnienie się rypło i trzeba było w odstępach mniej więcej 10-12 minutowych od nowa pracować nad mikrofonami tak, że normalny człowiek w efekcie dostawał pierdolca. Zespół chodził podenerwowany, publiczność się złościła, a zyskały tylko na tym przebojowe przyśpiewki „Gdzie jest krzyż” i „napierdalać”. Generalnie pomimo tego, że zespół grał ładnie i przyzwoicie wszystkie te małe niedogodności dawały pewien niesmak i niedosyt. Co się tyczy zagranych utworów to niewątpliwie zabrakło Megapixela, zasmuciło mnie to niezmiernie więc wkleję sobie dla poprawy samopoczucia ten utwór poniżej. Inną sprawą, która wpłynęła na moje niezadowolenie i złość był osobnik z dredami, który z uporem maniaka próbował mi swoją czuprynę do oczu wsadzać. Obywatele! Jeżeli już zdecydujecie się na dredy, to usilnie was proszę! na imprezy, na których istnieje duże prawdopodobieństwo częstego zmieniania współrzędnych na dość małej powierzchni, związujcie swoje dredy. Zapewniam, że wiele osób będzie szczęśliwszych. A co do wielbicieli pogo… słów mi brak. Całe szczęście, że nie znalazłam się w gronie tych osób, które wychodziły z klubu na kolanach z połamanymi kończynami. Tu zakończę moje sprawozdanie, bo CKOD lubię i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że inne koncerty z cyklu LOUD & QUIET TOUR 2010 będą o niebo lepsze.


Niewidzialny Templariusz

Wszyscy ich nie lubią, oni nie lubią wszystkich innych. O kim mowa? Ano o dresiarzach. Temat dość odważny zważając na istniejące prawdopodobieństwo, że jakiś wielbiciel sportowego obuwia i trzech pasków pokusi się o przeczytanie tych gorzkich słów. Dlatego się streszczę. Wyjściowy dres fajny jest, ale za dresiarzami nie przepadam. Nie dość że są szkaradni to jeszcze wredni i wszędzie chodzą z tym piwskiem. No i jeszcze noszenie boomboxa w postaci komórki i słuchanie na cały regulator polskiej muzyki tanecznej na bazie melodii ludowych… (o dresowozie/dres wagonie nie wspominając). Jestem na nie.

Zamiast przaśnych dźwięków polecam rzecz genialną, która nastąpi 21 października (czwartek) punkt o 20:00. A będzie to transmisja występu 2manydjs, czyli najbardziej przezacnego zjawiska muzycznego ostatnich lat. Jeśli jakąś imprezę szykujecie na czwartek to polecam odwiedzenie strony www.opener.pl ;) A jeżeli występ się nie spodoba (co jest niemożliwe, ale trzeba założyć taką ewentualność) można sobie czymś innym zająć czas. Czym? Można np. w oczekiwaniu na „Wyjście przez sklep z pamiątkami”, czyli debiut reżyserski Banksy’ego obejrzeć co się stanie kiedy Banksy bierze się za Simpsonów.


Metody króla Ćwieczka

Dziwnym
zbiegiem okoliczności stało się tak, że w moje ręce trafiła dość
specyficzna rzecz. Generalnie gdyby zaistniała sytuacja miała miejsce
jakieś 10-15 lat temu szoku bym nie doznała. Faktem jest jednak to, że
mamy 2010 rok, a pewne sprawy niegdyś będące czymś zupełnie normalnym i
zwyczajnym obecnie zyskały status lamusowych zesłańców.

Dostałam
album Goldfrapp „Head First” (dla porządku wypowiedzi dodam, że owe
wydawnictwo na rynku pojawiło się w roku bieżącym). Specjalnie napisałam
album, ponieważ słowo „płyta” w tym przypadku nie spełniłoby swej roli.
W tym miejscu samo nasuwa się na usta pytanie co w tym takiego
nadzwyczajnego? Otóż uwaga: nowe wydawnictwo Goldfrapp przyjęło postać kasety magnetofonowej.
Powiem szczerze, że musiałam się nieźle nagimnastykować żeby wygrzebać
sprzęt, na którym mogłabym sobie przesłuchać taśmę. Odnalazłam stary
wysłużony magnetofon i komunijnego walkmana. Z racji tego, że działające
baterie stwarzają dla mnie barierę nie do pokonania (zawsze mam pod
ręką jedynie rozładowane), skorzystałam z dobrodziejstwa sprzętu
elektronicznego karmiącego się prądem z gniazdka. Powiem szczerze, że
jak słuchałam tego wydawnictwa w formacie mp3 nie zrobiło ono na mnie
większego wrażenia. Natomiast te wszystkie nieczystości, dźwięk
przewijającej się taśmy i różne inne zakłócenia naprawdę tworzą
niezapomniany klimat
. Bo słucha się
po kolei, bez przewijania, tak jak się powinno albumy przesłuchiwać. Na
płycie sobie można przewijać do woli i przeskakiwać z jednej piosenki na
drugą, a tu zonk, jak chce się poprzewijać to trzeba się sporo naczekać
i nigdy nie masz pewności gdzie wylądujesz. Naprawdę fajne
doświadczenie poobcować sobie przez czas jakiś z taką kasetą i poczciwym
magnetofonem.

A jeśli już przy starociach jesteśmy to polecam ku uwadze pewien rosyjski
film, nakręcony za pieniądze amerykańskiego pisarza Uptona Sinclaira
opowiadający o Meksyku. Trzeba przyznać, że trochę pokręcona korelacja.
„Niech żyje Meksyk”, bo taki nosi tytuł to dzieło, w zasadzie trudno jest zaszufladkować do
jakiegoś konkretnego gatunku. W zamierzeniu pierwotnym film miał być opowieścią o
meksykańskiej kulturze i polityce, portretem ojczyzny Diego Riviery, ale niestety w
1932 roku nie udało się go ukończyć. Dopiero w 1979 roku światło dzienne ujrzała
pełna wersja będąca rekonstrukcją popełnioną przez Grigorija Aleksandrowa. I
właśnie w tej postaci miałam przyjemność oglądać „
Да
здравствует Мексика!
„.
Na film składa się sześć dość kontrastowych opowieści ukazujących
tysiąclecie osobliwej kultury meksykańskiej. I tak sobie teraz myślę, że
nie dla każdego przeznaczone jest to zacne dzieło. Po pierwsze dlatego,
że jest to bardzo niszowy film, a po drugie ze względu na dość niespotykane powiązania
językowe, kulturowe czy też światopoglądowe. Jak ktoś lubi rosyjski
szwargot to zdecydowanie polecam ;)

Front wyzwolenia Barbie

Poziom wstydu został w tym tygodniu poważnie przekroczony, a mamy dopiero wtorek. W poniedziałek pan stolarz, a dzisiaj pan elektryk. Aż strach pomyśleć kto jutro będzie podziwiał dość kusą piżamę, gdy na wpół przytomna Działaczka Podziemia po usłyszeniu radosnego dzień dobry zdejmie z oczu różową maskę z napisem „The bitch is sleeping”, a poduszkę obrazującą królika playboya spoczywającą pod rozczochraną głową nerwowym ruchem przykryje kołdrą. Od jutra będę poważnym człowiekiem, wstanę o 8 rano, zaparzę sobie herbatę, a do śniadania będę czytać The Wall Street Journal i Puls Biznesu. Teoretycznie plan genialny. Teoretycznie.

Kolejna sprawa związana jest ze spamem, który nieugięcie od jakiegoś czasu rozsyłam po zawiłych meandrach Internetu. Może jeszcze o tym nie wiecie, ale jutro o 19 wklepujecie www.teamradio.pl i przyklejacie się drogie robaczki do głośników. Pewnie i tak niczego odkrywczego ani błyskotliwego nie powiem, ale mogę zapewnić że przemówię (o ile nie stracę głosu, bo wtedy raczej będzie to skrzeczenie niczym torturowany Czerwony Kapturek w lesie bielańskim). Tak więc jesteśmy umówieni na romans, bo wiadomo – kto nie słucha ten jest emo ;)

A na koniec zaserwuję smęta, na którego miałam fazę praktycznie od lipca, ale już mi się znudziło więc wykopałam cover. Rzecz nowa, nagrana w podczas sesji dla legendarnej audycji Live Lounge rozgłośni BBC radio 1. Nawet fajnie brzmi w kobiecym wykonaniu. Szkoda tylko że Kylie się tak postarzała, a w teledyskach nadal wygląda jak dwudziestka.