Miesięczne archiwum: Listopad 2010

Pomówmy o pryncypiach

W wieku lat dwudziestu, obarczona niezliczoną ilością zadań
intelektualnych zostałam namówiona na wyjście, którego celu do końca
nie rozumiałam, lecz za namową osób paru postanowiłam zaryzykować i
przekonać się na własnej skórze co w trawie piszczy. Dokładnie nie wiem
jak to się stało. Mówi mi człek: słuchaj jest opcja na mieście. Wieczór
kultury rosyjskiej z naciskiem na kuchnię, więc fajna sprawa. Pójdziemy i
będziemy delektować się smakołykami, a przy okazji poszerzymy swoje
horyzonty. Po chwili namysłu stwierdziłam, że czemu nie? W sumie nic
równie interesującego nie mogło mnie spotkać w wypadku pozostania w
zaciszu domowym. Poszłyśmy we trzy. Ja i moje dwie wspólokatorki, przy
czym jedna z nich była inicjatorką całego zajścia. Pierwsza obawa
nastąpiła tuż po wyjściu z metra, ponieważ nie bardzo miałysmy pojęcie
gdzie mamy iść. Po dość intensywnych poszukiwaniach ulicy docelowej
stanełyśmy przed wielkim blokiem mieszkalnym. Już w tym momencie
przestało mi się to wszystko podobac. Pytam więc czy to oby na pewno
tutaj. Adres się zgadzał, więc decyzją podjętą wspólnie postanowiłysmy
uruchomić skomplikowany mechanizm domofonu. Zadzwoniłyśmy,
przekroczyłyśmy bramę, odwrotu nie było. Wkroczyłyśmy na ciemne
podwórko, które zdawało się nawoływać: chodźcie do mego zamczyska. Nieśmiałym krokiem zmierzałyśmy w stronę światła i w efekcie
zatzymałyśmy się dopiero w rozświetlonym, ciepłym mieszkaniu. Obawa ma
jednak nie znikła, jak się okazuje słusznie. Zapowiadał się wieczór
kultury ale nie rosyjskiej lecz polskiej ponieważ miejsce, w którym
się znalazłyśmy okazało się Centrum Powitania (już dokłdnie nie pamiętam
pełnej nazwy lecz te dwa słowa w sobie zawierała na pewno). I tak oto
Działaczka Podziemia znalała się w kręgu obcokrajowców, którzy
przyjechali do naszego pięknego kraju w celach różnorakich lecz głównie
by kształtować teżyznę umysłową na wymianie studenckiej. Jak przyszła
kolej na przedstawianie się i uświadomienie zebranych z jakich zakątków
świata się przybyło w mojej głowie narastała myśl w jaki sposób moja
współlokatorka – inicjatorka wyjścia zostanie przeze mnie zabita po
spotkaniu. Przez cały wieczór nie skosztowałam nic ze względu na stres w
jakim przyszło mi w danym momencie przeżywać. Ergo: nigdy nie należy
ufać darmowym bankietom.

Strange Weather, Isn’t It?

Nakazano mi napisać coś konstruktywnego, pełnego polotu z nutką ekstrawagancji. Nadzieje są wielkie, oczekiwania wzniosłe. Nie chcąc nikogo zawieść poczęłam medytować w tramwaju. Po przejechaniu 2 przystanków wysiadłam i stwierdziłam, że się wypaliłam. Zasmuciło
mnie to niezmiernie. Twarz mi zaszła szarzyzną i czmychnęłam pospiesznie
z powrotem w mieszkaniowe pielesze. Leżę i czekam. Nie funkcjonuję. Mleko jak woda, herbata jak
ocet.
Nicość. Niebyt. Nieistnienie. Wypaliłam się. Do Stycznia wytrzymam? Do Stycznia?

PS
co oznacza
skrót BEP powtarzany z uporem maniaka przez Wiesława Samą Dobroć na ostatnim
wykładzie z Finansów Przedsiębiorstw? Black Eyed Peas?

PPS w dalszym ciągu nurtuje mnie przypadek parapetu

Bolączka sobotniej nocy

Przeglądając poranne opisy na gg natknęłam się w zdecydowanej większości na efekty wczorajszych libacji alkoholowych. Patrząc na przeżycia i doświadczenia moich znajomych posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że z takiej ilości ludu możnaby otworzyć oddział deliryków. Zajrzeć w paszczę fundamentalnej flaszce sztuką nie jest. Gorzej sprawa zaczyna się przedstawiać, gdy otworzy się rankiem oczy.Traktat głupoty wydaje się nadzwyczaj gorzki, a w człeku biednym natychmiast budzi się pragnienie splunięcia w sam środek
znieprawionej przez gorzałkę duszy. Nie da się wszakże rozsupłać węzła tej perwersji bez bólu. Czyż to nie dosadny paradoks? Wszystkim skacowanym życzę więc szybkiej rekonwalescencji i dużych ilości kefiru pod ręką ;) Do życzeń zączam ruchomy obrazek w postaci naszego bohatera narodowego Asa, który zawstydza swoją dzielnoscią Supermana i Batmana razem wziętych.

nierzeczywistosć bezobjawowa

Wyprawy na drugą stronę Wisły od dawien dawna przyprawiały mnie o dreszczyk emocji. I nie inaczej było tym razem. Na nowo w moim dziurawym mózgu ożyły reminiscencje przeczytanych w dzieciństwie książek o
piratach. Tak, otóż tak działa na mnie Praga. Stojąc na jednym z chodników czekałam aż przyjedzie, zatrzyma się i zabierze mnie na centralny. Limuzyna
ZTM. Stamtąd już prosta droga. Woń nocnego kebaba wyznaczy ścieżkę do ciepłego łóżeczka na Służewiu. Układałam właśnie traktat mojej rozpaczy, gdy pewnien artysta uliczny, MCdres tworzyć zaczął złote czcionki polskiego fristajlu („Nie zadawaj się z chłopakiem z Pragi, bo chłopaki z Pragi to łamagi”). Zastygłam niczym figura woskowa i słuchałam dalej. Chłopak z Pragi wypowiadając prostackie paradoksy poruszył mą aortę, tak że krew poczęła krążyć w mych rozległych naczyniach w przyspieszonym tempie. W sposób mistrzowski wręcz dotykał istoty rzeczy, wyszedł na środek ulicy i poczał wygłaszać swoje niezadowolenie wiejące etyczną grozą. Jakby pragnął najdobitniej poswiadczyć, iż część jego komórek mózgowych nie obumarła i ich miejsca nie wypełniła nieaktywna tkanka łączna
zwana glejem. I wcale nie musiał MCdres
głosu trudzić pytajną intonacją. Po prostu wygłaszał nikomu nie przeszkadzający monolog, który zostałby zapewne zapomniany, gdyby nie przebiegły pomysł działaczki, by owe złote czcionki spisać. Powstał tak oto wiersz, dla którego tytuł pozwoliłam sobie dopisać.

Prolegomena idealnego porządku

gdzie jest ten autobus

tylko w drugą stronę

zaraz ten przystanek rozpierdolę