Miesięczne archiwum: Grudzień 2010

Podsumowanie filmowe

Ostatnie podsumowanie w tym roku będzie traktować o filmach. Obejrzałam 278 filmów, co zajęło łącznie 20 dni 17 godzin i 27 minut mojej egzystencji. Wyprzedzając wszystkie pytania odpowiem od razu. Nie, nie jestem nawiedzona. Po prostu lubię ogladać filmy i nie wyobrażam sobie dnia kiedy ich zabraknie. Skoro wszystko jest już jasne wróćmy więc do sedna sprawy. Oto 10 filmów, które zrobiły na mnie największe wrażenie, zachwyciły formą, albo po prostu wzruszyły lub dobrze się na nich bawiłam. Dla mnie bomba, kto nie widział ten trąba! :)

1. The Social Network
2. Toy Story 3
3. Wyjście przez sklep z pamiątkami
4. The Runaways: Prawdziwa historia
5.
Jak wytresować smoka

6. Maczeta
7.
Nocna randka

8. Czarny Łabędź
9.
Pan i Pani Kiler

10. Incepcja

Rok 2010 w muzyce: single

Przy okazji robienia różnych zestawień przeszła mi przez głowę pewna myśl. Czy istnieje jakiś uniwersalny wzorzec, uniwersalna lista? Po sieci krążą już setki, tysiące, setki tysięcy różnych podsumowań, zestawień i porównań. Tworzone są top-10-20-30-50-100, każdy według swego rozeznania i poważania. Bardzo często zestawienia są do siebie bardzo podobne i zbliżone. Zastanowiło mnie to. Postanowiłam się więc trochę pobawić i stworzyłam uniwersalną listę singli. Tuż pod nią będzie można znaleźć tą właściwą listę moich ulubionych piosenek w 2010 roku. Czy miszczę się w schematach? Porównajcie to już sami ;)

10. Coś opisywanego jako „witch house”, a jeszcze sześć miesięcy temu nazywane przez tych samych ludzi „post-dubstepem”
9. Piosenka z elementami folku, z dominacją tradycyjnych instrumentów muzycznych.
8. Gustowne, podobające sie tłumowi i politykom nagranie – szczególnie w okresie kampanii wyborczej.
7. A może jakiś dobrze znany klasyk? Coverów nigdy za wiele.
6. Coś do bólu przaśnego i wpadającego w ucho, wszakże trzeba coś po latach wspominać.
5. Zarapujmy razem.
4. Piosenka opisywana jako przełomowe połączenie elektroniki i rocka.
3. Jakiś dubstepowy rytm, który faktycznie wyszedł w zeszłym roku, ale zdecydowanie był opisywany jako „dźwięk przyszłości”.
2. Piosenka z ulubionych i najbardziej obleganych produkcji filmowych.
1. Coś co ludzie nucą w kółko, cały czas niczym zacięta płyta
.

Najlepsze single 2010 według Działaczki Podziemia:

10. Crystal Castles – Not In Love (ft. Robert Smith)
9. The Futureheads – I Can Do That
8. Fox – Belly of the Beast
7. Tame Impala – Solitude Is Bliss
6. Groove Armada – Paper Romance
5. The Dead Weather – Die By The Drop
4.
Yeasayer – O.N.E.
3. M.I.A. – XXXO

2. Foals – This Orient

1.
Vampire Weekend – Giving Up The Gun

Rok 2010 w muzyce: albumy

W ostatnich dniach grudnia tradycyjnie już przychodzi pora na podsumowania. Mijający rok może i nie był przełomowy w muzyce lecz na pewno nie był nudny. Pomijając błysk nastoletnich gwiazdek popu i mięso rzucane przez Lady Gagę minął spokojnie i bez wiekszych kontrowersji. W polskich realiach rynkiem muzycznym wstrząsneła Brodka pokazując światu swoje nowe artystyczne wcielenie. Poza tym na wyróżnienie zasługuje znakomite przygotowanie kampanii promocyjnej Roku Chopinowskiego. Nie wiem jak w innych miastach, ale w Warszawie naprawdę trzeba było się mocno starać żeby na jakiś ślad Chopina się nie natknąć. Jak się okazuje kompozytor w nowoczesnej odsłonie i pod różnymi postaciami przyjął się świetnie. Jeśli zaś chodzi o najlepsze płyty A.D. 2010, to jak co roku miałam ogromny problem w zmieszczeniu się w magicznej liczbie 10. Zadanie trudne okazało się jednak nie niemożliwe do wykonania i tak powstało zestawienie które można zobaczyć poniżej.

10. Fang Island – „Fang Island”
Muzyka na debiutanckim krążku Fang Island bezbłędnie definiuje pojęcie zajebistości i bycia
awesome. Krwiste, soczyste gitary, potężne klawisze, weselne wręcz wokale ze szczyptą patosu. Wszystko to sprawia wrażenie, że można się wspiąć na najwyższą górę świata w ciągu zaledwie pół godziny. Ta płyta daje taki power, że człowiek ma ochotę wybiec z domu i przybić piątkę każdej napotkanej osobie. Fang Island wspieli się na wyżyny niemożliwego, wyżej się już nie da ;) Zdecydowanie rok 2010 będzie mi sie kojarzył z tą płytą. Bo to po prostu soundtrack mojego życia.

9. Klaxons – „Surfing The Void”
Mimo wielu słów krytyki wobec tej płyty mam do niej niezwykły sentyment. Towarzyszyła mi przez znakomitą większosć wakacyjnego wypoczynku, a potem gdy opadały liście, padał deszcz i wreszcie śnieg. Sama okładka płyty tchnie nowoczesnością, a jak się odpali zawartość muzyczną krążka to czuć to jeszcze bardziej.
Zresztą dla Klaxonsów nie trzeba przypominać jak zrobić coś świeżego i na czasie. Bardzo zróżnicowana i kolorowa atmosfera podnosi ciśnienie z każdą kolejną piosenką. Kosmicznie piękne wydawnictwo.

8. Chew Lips – „Unicorn”

Gorący debiut na brytyjskiej scenie muzyki tanecznej. Wkroczenie na niepewne, nietypowe i zupełnie nie przebojowe tereny muzyczne to zawsze dosć odważny krok. Londyńskie trio zaryzykowało i wyszło z tego obronną ręką. Dość przyjemnie elektryzująca i spokojnie zajmująca umysł płyta.

7. Beach House – „Teen Dream

Płyta idealna do odpływania myślami, marzeń oraz patrzenia w sufit. A jak wiadomo to jedno z moich ulubionych zajęć, więc nie było innej opcji – „Teen Dream” musiało mnie zauroczyć. Album dobrze przemyślany, niezwykle złożony i intrygujący. Jestem przekonana, że te cechy zagwarantują mu ponadczasowość.

6. Karen Elson – „The Ghost Who Walked”
Rozchwytywana modelka, matka dwójki dzieci, wokalistka, żona jednego z najlepszych współczesnych muzyków Jacka White’a. Nie należy jednak przypisywać wielkich zasług dla pana White’a, gdyż Karen Elson jest autorką znakomitej wiekszości materiału na swoim krążku. Co więcej udowadnia, że umie śpiewać i świetnie sie czuje jako wokalistka. Jack White zadbał po prostu o to, by wszystko brzmiało, jak należy.
I rzeczywiście efekt jest powalający. „The Ghost Who Walks” to kapitalnie wyważona mieszanka bluesa, country,
amerykańskiego folku i psychodelii. Pojawiają się także knajpiano-barowe przygrywki, jakiś walczyk albo kołysanka.
Czuć ducha retro, a niekiedy także inne zjawy.

5. M.I.A. – „Maya

Całkowita anomalia i abstrakcja. Na tym krążku panuje klimat zupełnie unikalny, który strzorzyć mogła tylko M.I.A. ///Y/ jest zwariowany, szokujący i świeży. To chwytający za serce bunt przeciwko buntowiMaya dobrze wie, że eklektyzm jest w cenie.

4. Ratatat – „LP4

Mistrzostwo świata jeśli chodzi o instrumentalną muzykę elektroniczną. Fuzja rocka z elektroniką wsparta niezwykłym bogactwem brzmień, humoru i kuszących dźwieków sprawia, że LP4 słucha się znakomicie. Wyjątkowo udana hybryda brzmień.

3. MGMT – „Congratulations”

MGMT zaserwowali w tym roku dosć pokaźną dawkę nieprzebojowych piosenek zebranych na jednym krążku. I bardzo dobrze, gdyż „Congratulations” jest idealne w takiej formie w jakiej zostało wydane. Płytę tą docenia się po jakimś czasie, ale jak już sie dojdzie do stanu kosmicznej nirwany, to pokocha się ją miłością dozgonną.

2. Arcade Fire – „The Suburbs”

Uwielbiają pisać hymny i podniosłe piosenki. Arcade Fire tym razem przenoszą się na przedmieścia, a robią to w stylu nieco odmiennym niż dotychczas. Wrażenie koncertu w jakiś kościelnych lochach odpłynęło. Ten krążek zdecydowanie zachwyca. Mniejsza dawka dramaturgii i patosu, bardziej zakamuflowane emocje. Wzruszam sie za każdym razem kiedy sięgam po „The Suburbs”.

1. Yeasayer – „Odd Blood”

Duża dawka młodzieżowego, mistycznego i pozytywnie zakręconego grania. Pewnie właśnie tak brzmiałby pop, gdyby nie wybito Indian. Niestety się już o tym nie przekonamy ale pewne jest to, że w kończącym się roku to Yeasayer królował w moim odtwarzaczu.



anomalia naleśnikowego ciasta

Dziennik odkrywcy. Wpis drugi.

Produkuję alarmującą ilość wydzieliny z nosa. Nie jest to ani fajne, ani przyjemne. Wręcz przeciwnie, wyzwala to we mnie najgorsze instynkty i dziwne myśli. I to właśnie dlatego, a może także dzięki cnocie młodości i naiwności doznałam niewytłumaczalnej potrzeby obcowania z drugim człowiekiem. Ruszyłam więc na poszukiwania jakiegoś społecznego katalizatora. Człowiek jednak nie zawsze błyska swym geniuszem towarzyskim i potrafi całą swą wredność przelać w jednej chociażby minucie konwersacji. Z Wolfganga Amadeusza Mozarta zamienia się w Antonio Salieriego. Podła rasa ludzka. Teraz boję się że zemdleję w autobusie i ktoś zakosi mi moje organy. NG dziękuję.

Piosnką się pocieszę…



bezpośrednia transmisja z końca świata

Dziennik odkrywcy. Wpis pierwszy.

Stając oko w oko z perspektywą zmian miewam chwile lęku. Dramat ten rozgrywa się praktycznie na wszystkich płaszczyznach egzystencjalnych. Począwszy od kwestii mieszkania, a kończąc na zakupie pasty do zębów. No bo o ile do mieszkania jakoś będzie można sie przyzwyczaić, to sprawa z produktem czyszczącym zęby wydaje się o wiele bardziej skomplikowana. Nigdy nie wiesz czy Ci zęby nie powypadają od pasty z dopiskiem „wyprodukowano dla Stonka”. Ryzyko jest ogromne więc po co coś zmieniać?

Zaczeło się ładnych parę lat temu. Kupiłam kalendarz, taki ładny zielony z poezją i zdjeciami w środku. Może to rzecz trywialna, ale w zasadzie mój kalendarz stał się dla mnie o wiele ważniejszy niż dajmy na to komórka. Notowałam w nim różne dziwne rzeczy, złote myśli, daty spotkań. Słowem: wszystko. I tak przychodził kolejny rok, kupowałam nowy kalendarz, obowiązkowo taki sam ale z inną okłądką, zdjeciami i wierszami. Stary wędrował na półkę, a jego miejsce w torebce zajmował pachnący drukarnią nowy. Mam już rządek swoich zapisanych kalendarzy i niedługo dołączy do nich kolejny. I co dalej? Mikołaj dobrze wiedział co dalej. W tym roku dostałam piękny, nowy ukochany kalendarz i nie zamienię go na nic innego. Mam nadzieję że będą go drukować do końca świata i o jeden rok dłużej!

A co zatem ze zmianami? Są zbawienne w skutkach. Od czasu gdy przerzuciałam się z Carrefoura na Auchan poczułam niespotykaną ulgę, mój portfel również. Lecz nie chodzi tu tylko o kwestie konsumenckie. Jakby wszystko na tym świecie było proste i wystarczyłoby coś zmienić żeby było idealnie, to mogę się podjąć tego zadania.
Chyba więc pora zaczać myśleć nad postanowieniami noworocznymi. Może jest to dziecinada, ale ja tam lubię się w to bawić. Jedno wiem na pewno: kalendarz pozostanie ten sam ;)


Wpis okazjonalny

W związku z sezonem świątecznym proponuję szybki przegląd muzyczny ;)

Tegoroczne święta zostaną okraszone bardzo miłym prezentem od Klaxonsów. Brytyjczycy przygotowali dla swioch fanów EP-kę o mrocznej nazwie „Landmarks Of Lunacy”, którą będzie można bezpłatnie pobrać 25 grudnia ze strony www.klaxons.net . Zacieramy więc rączki i czekamy z jeszcze większą niecierpliwością na Boże Narodzenie.

Tracklista „Landmarks Of Lunacy” przedstawia się następująco:
 1. The Pale Blue Dot
2. Silver Forest
3. Ivy Leaves
4. Wildeflowers
5. Marble Fields

Podobnie jak Klaxons pomyślała również grupa Gorillaz. W Boże Narodzenie Damon Albarn i jego animowani koledzy postanowili wydać nową płytę. „The Fall” zostanie udostępniony 25 grudnia na oficjalnej stronie zespołu (www.gorillaz.com). Jak niesie wieść gminna materiał na to wydawnictwo miał powstać na iPadzie w hotelowych pokojach podczas trasy koncertowej promującej wydany w styczniu krążek „Plastic Beach”. Co z tego wyszło przekonamy się juz niedługo.

A na koniec przejdźmy do piosenk okajonalnych. Jak się okazuje można zrobić nieobciachowy świąteczny utwór, co udowodniła grupa Futurheads. 19 grudnia wydali singiel „Christmas Was Better In The 80s”. Czy kiedyś świeta były lepsze nie wiem, ale utwór zacny. No i oczywiście z okazji 10 urodzin życzymy dla Futurheads samych złotych nutek ;)




Futurheads mają piosenkę świąteczną i grupa Coldplay również przygotowała piosenkę. „Christmas Lights” do polizania poniżęj.


Częściowa awaria populacji

O Jezusie Nazarejski… Majne Bosz…. Matko bosko częstochowsko… O Jezu… Po wyczerpaniu religijnych westchnień (żeby nie użyć słowa wulgarnego, acz zastępującego wszystkie poprzednie świętości idealnie) przedstawiających stan mego umysłu i obecnego położenia dochodzę do wniosku, że jednak człowiek to istota ułomna, skłonna do żenad wszelakich oraz popadająca w sidła dziwnych zbiegów okoliczności. Życie powinno mnie już czegoś nauczyć, ale nie. Upracie popełniam te same błędy co za młodu. Naiwność, która przypomina przypadek Mikołaja. Dobrze wiesz, ze nie istnieje, a w dalszym ciągu czekasz na prezenty i kiedy wreszcie ktoś cichaczem podrzuci jakiś upominek pod choinkę, cieszysz się jak dziecko. Chwile beztroskiej nieświadomości są piękne. Czar pryska z chwilą spojrzenia w lustro. Spoglądasz w swe oczęta, a tam oprócz siebie widzisz za plecami także rozdziawioną paszczę prawdy. Tej okrutnej, która sprawia że masz ochotę schować się pod dywan, albo tak jak w moim przypadku pod hebanową podłogę. Hmmm… Może jutro będzie lepiej.

The Wackness

Nowy Jork, lato 1994, najznakomitszy okres w dziejach hip-hopu. W takich okolicznościach rozgrywa się historia nastoletniego handlarza narkotyków, Luke’a Shapiro, który wymienia towar na sesje terapeutyczne. Psychiatra popalając trawkę mówi mu co zrobić aby jego życie stało się piękniejsze i szczęśliwsze. Po pewnym czasie stają się przyjaciółmi, a nasz Luke zakochuje się w rozpustnej córce swojego terapeuty. Tak w skrócie przedstawia się rzecz zacna, która naznaczona została tytułem „The Wackness”.

The Wackness to dzieło, które ma wszystko to, co powinien posiadać film. Świetna reżyseria, aktorstwo, scenariusz. Oczywiście po obejrzeniu tego filmu powstało w mej głowie pytanie. Czy Jonathan Levine wniósł coś szczegółnego do kina, które porusza tematykę narkotyków? W zasadzie nie, ale stworzył świetny film, który zmusza do myślenia nie tylko w pryzmacie uzależnień i problemów z tym związanych. Należy zwrócić także uwagę na niebanalną ścieżkę dźwiękową obfitującą w tłuste hip-hopowe bity, które okraszają beznadzieję towarzyszacą głównemu bohaterowi podczas wkraczania w dorosłość.

Dobitnie istotę sprawy i klimat tego filmu dotknął Projekt Ostry Emade w jednym ze swoich utworów. Serio, lepiej ująć się tego nie da ;)

„Nie słyszy nikt, nie widzisz nic, nie winisz ich
Nie wynik gry jest istotny ale serce do niej
Czyli coś co mi pozwala chwytać szczęście w dłonie
Bezszelestnie przed domem płynie czas po ulicach
By go spisać potrzebna mi jest rap cyrylica
.”

Polecam ten niezwykle klimatyczny, nieco nostalgiczny ale z pewnością barwny obraz rzeczywistości zaserwowany przez Jonathana Levine‚a. Film zacny, obejrzeć trzeba.


Margo: I Call The Shots

Jestem kompletnie oczarowana twórczoscią Margo – figlarnością, oryginalnymi piosenkami, teledyskami i ogólnym stylem. Co ciekawe pani ta sama sobie dzierga ciuszki. Urodziła się w Toronto, a obecnie kursuje między Los Angeles a Nowym Jorkiem. Miejcie na nią oko, gdyż nigdy nie wiadomo co wyrośnie z tej disco divy ;) Poniżej pierwszy teledysk do piosenki pochodzącej z epki Animal House, a całość zastała nakręcona na ulicach L.A. Enjoy!


 

Buka

Grudzień w tym roku zaskoczył mnie dokumentnie. Tak na dobrą sprawę jeszcze nie zadomowiłam się w listopadzie, a tu już kolejny miesiąc trzeba odhaczyć w kalendarzu. Przystanęłam na chwilę i zaiste zadumałam się… mamy grudzień, więc to ostatni tak naprawdę moment by zebrać się do kupy i nadganiać z rzeczami, które miało się zrobić w tym roku. A jak już osiągnę wyżyny niemożliwego przyjdzie styczeń, a wraz z nim sesja… i znowu narobię sobie zaległości. Ale to dopiero za czas jakiś, wiec nie ma co się na zapas martwić. Zaskoczyła mnie również zima. Żeby dać wyraz powadze sytuacji przytoczę przykład rzeczywisty.

Nic nie zapowiadało nadejścia niepokoju w naturze. Jak to zwykle bywa w poniedziałki wybrałam się na basen w celu kształtowania tężyzny fizycznej. Turobo-mega-power po wyjściu z wody dał mi nadzieję, że reszta dnia będzie nadzwyczaj udana. Opuszczając budynek poczułam wyrzuty sumienia, bo po raz kolejny bezprawnie wynosiłam w uszach wodę z basenu lecz moje myśli szybko zmieniły bieg na niespotykanie obfite opady atmosferyczne śniegu. „Oho będzie bałwan” rzekłam w myśli i zanim doszłam do przystanku rzeczywiście takowy się pojawił. Na autobus czekałam jakieś 15 minut, podjechał oczywiście inny ale i tak miałm się przesiadać więc wsiadłam do tego co było. Jadę… jadę… jadę… Po niespełana dwudziestu minutach podróży przyszło mi się przesiąść. Jak wyszłam z limuzyny ZTMu ujrzałam cztery właśnie odjeżdżające autobusy. Spojrzałam na ulicę, wszystko stoi a jak już się porusza to z prędkoscią ślimaka winniczka w porze nocnej. Do mieszkaniowych pieleszy 5 kilometrów, zawieja niemiłosierna, mróz siarczysty… Powstało pytanie co dalej? Poszłam na piechotę. Wraz ze swoim megapowerem wyprzedziłam 7 autobusów, setki samochodów, 3 tramwaje i paru pieszych, którzy postanowili obrać podobną do mojej taktykę. Humor mi się popsuł po tym jak przez nieogarnięcie nie zasunęłam kieszeni w kurtce i zasypało mi śniegiem empetrójkę i parę innych dóbr materialnych. Śnieg się rozpuścił i wszystko popłynęło. Żeby tego było mało to po drodze zgubiłam jakimś cudem rękawiczkę i o mały włos nie zaliczyłam spotkania pierwszego stopnia mojego nosa z chodnikiem. Tak, w tym roku zima mnie zaskoczyła…