Miesięczne archiwum: Kwiecień 2011

apologeta dziabniętego łowcy stonóg

USTAWA
z dnia 30 kwietnia 2011 r.
o egzystencji

Art. 1. Z nieróbstwem, gnuśnością, lenistwem, próżniactwem, obijaniem się i opieszałością trzeba walczyć.        

Art. 2. Komary muszą zginąć.

Art. 3. Skupić się nakazano. Słyszeć słuchając, widzieć patrząc.

Art. 4. Wywoływanie żenad można sobie darować.

Art. 5. Obrotowe drzwi w Żółtych Balkonach (od strony Dworca Centralnego) powinny zostać okiełznane.

Art. 6. (uchylony)

The Naked Man

Wielu ludzi ma swoją opowieść. Historię, na wspomnienie której powietrze marźnie, a pot zalewa mózg. Są to te chwile kiedy przypominasz sobie jak negocjujesz ze swoim sercem by nie doznało zawału. Dawno już tego nie robiłam i być może wyszłam z wprawy, lecz postanowiłam opowiedzieć swoją historię.

Pogoda tego dnia zdawała się być łaskawą. Był to poniedziałek, zanaczę iż kolejny w tym miesiącu. Nie przewidywałam niczego nadwyczajnego tego dnia, więc po uporaniu się z zadaniami i obowiązkami dnia powszedniego przypadającego na pierwszy dzień tygodnia poszłam spać. Już w tym momencie mój rytualny styl życia został złamany, bowiem ukadając się do snu nie zamontowałam na oczodołach okularków do snu przeznaczonych. I chyba dzięki temu małemu zaniedbaniu sprawy potoczyły się właśnie tak, a nie inaczej…

Mój sen tej nocy do twardyh nie należał. Trwałam w monotonnym amoku śpiąc jednocześnie. W pewnym momencie zaskrzypiały drzwi w moich mieszkaniowych pieleszach. W zasadzie nic nadzwyczaj dziwnego, przedzież nie od dzisiaj wiadomo, że niektóre drzwi mają po prostu w naturze to, że skrzypią. Rozbudził mnie ten dźwięk i z racji tego, iż nie miałam na oczach maski do spania spojrzałam na zegarek. Komórka oznajmiła mi, że jest godzina 3:58. Rozejrzałam się po pokoju, bowiem pomyślałam, że może któraś z moich współlokatorek po prostu poszła do łazienki czy cuś, ale nie. Obie spały jak zabite. W tym momencie coś zaczęło mi nie grać. O tak późnej porze nocnej, albo wczesnej godzinie porannej nie zwykłam myśleć szybko. Przetwarzanie danych i sytuacji trwałoby zapewne całe wieki, gdyby nie to, co wydarzyło się zaraz po zamknięciu skrzypiących drzwi do moich komnat.

Kiedy uświadomiłam sobie, że skrzypiące drzwi nie są sprawką śpiących współlokatorek zamarłam w bezruchu. Leżę jak kamień na swoim łóżku i myślę sobie: „O Jezusie nazarejski! Złodziej! Cóż ja biedna teraz uczynię? Cóż ja pocznę?”. Moje myśli kłębiły się w popłochu w zwojach mózgowyh. A że nie mogłam się ruszyć z przerażenia, pozostała mi tylko obserwacja. Próg pokoju przekroczyła ciemna, wysoka postać. Było dość ciemno, więc rysów twarzy nie rozpoznałam, lecz zdecydowanie był to osobnik rodzaju męskiego. Nie wiedziałam kompletnie co robić. Z jednej strony chciałam się dowiedzieć o co chodzi, nawet jeśli ten niespodziewany gość okazałby się uzbrojonym bandytą, a z drugiej strony nawet nie mogłam podnieść głowy, ponieważ bojaźń i trwoga przepełniała wszystkie moje nerwy. Po dość niezdarnej rundzie nieznajomego po pokoju stwierdziłam na 99%, że nie jest to złodziej. Postać co prawda zwiedziła praktycznie wszystkie zakamarki mojej skromnej rezydencji, lecz sposób w jaki to uczyniła rozwiewał wszelkie wątpliwości. Wszakże żaden złodziej nie obijałby się po meblach niczym szaleniec. Kiedy dochodziłąm do tak istotnych wniosków postać poczęła zdejmować z nóg obuwie. Po butach przyszła pora na spodnie, by w końcu zdjąć z siebie koszulkę. Masakryczny lęk o życie już troszkę opuścił. Nie wiedziałam nadal co robić, zacząć krzyczeć czy patrzeć do którego łóżka dołączy pan w skromnym odzieniu? Dziewczęta nadal spały. Usiadłam na swoim łożu i odpaliłam lampkę. Już nie zbierałam myśli, mówię do przybysza prosto z mostu: „kolega to chyba pokoje pomylił”. Biedaczek nie od razu skojarzył o co mi chodzi, a to gdzie się obecnie znajduje uprzytomnił sobie (tak przypuszczam) po ładnych dwóch minutach. Moja interwencja świetlna i słowna obudziła śpiące dziewczeta. Trzeba było widzieć ich wzrok, gdy prawie nagi mężczyzna pochyla się nad moim łóżkiem i wdaje się ze mną w dość ubogą, ale zawsze konwersację. Gdy mój rozmówca uprzytomnił sobie zaistniałą sytuację począł w popochu zbierać porozrzucne po połodze części garderoby po czym opuścił w zwolnionym tempie mój pokój.

Nie wiem dlaczego, ale sytuacja ta do tej pory wywołuje we mnie atak śmiechu. Teraz mogę się śmiać, ale jak leżałam o 3:58 w totalnym bezruchu, to wesoło mi nie było. Aha, korzystając z nadarzającej się okazji: droga panno K. Klucze są po to żeby ich czasem używać. Udzielam pani pisemnej nagany za niedopełnienie obowiązku wynikającego z art. 12 pkt. 2 umowy lokatorskiej – drzwi się zamyka ;)

Ballada o ścinaniu drzewa

Przygotowując kolejne wydanie mojej audycji natknęłam się przypadkiem na The View, czyli zespół który poruszył me młodzieńcze serce i ducha podczas licealnej ścieżki edukacyjnej w Łoseczusetts. Ach ileż to radości wlał we mnie debiutancki krążek Szkotów! Wielkość ta do tej pory nie została zdefiniowana ani określona przez żadną z istniejących miar. Album pt. „Hats Off to the Buskers” zachwycił mnie przede wszystkim swoją luźnoscią, nietypowymi tekstami (=> z „Same Jeans” na czele) i uroczym akcentem wokalisty. Nie obyło się takżę bez tragicznych skutków mojego miłowania „Hats Off to the Buskers”. Przez The View zarobiłam u Mietka (człowiek drobny, czarniawy i przeraźliwie chudy, wykazujący maniakalną zdolność i manierę wyprowadzania ze wszystkiego wzorów fizycznych) naganę ustną oraz jedynkę w prezencie. Rzekł podówczas: „jesteś tchórzem – pozbawionym znaczenia nędznym niewolnikiem o inteligencji robaka”. No cóż… bywa, trzeba żyć dalej. Druga płyta, która ujrzała światło dzienne była dla mnie ostrą lekcją sceptycyzmu. Co tu ukrywać, zawiodłam się na niej niesamowicie, więc i szybko o niej zapomniałam.

Teraz niezgrabnie wrócę do tego o czym myślałam w zdaniu pierwszym. Otóż pewnego dnia patrząc z rytualną beztroską w internetową przeglądarkę natknęłam się na teledysk do piosenki popełnionej przez wspomnianianych przeze mnie chłopaków z The View. Piosenka nazywa się „I need that record” i powstała po to, by zostać oficjalnym hymnem Record Store Day 2011 (=> tu można owy teledysk zobaczyć). To skłoniło mnie do poszperania i poniekąd też sprawdzenia czy jeszcze The View żyje, jak się miewa, co porabia…. I tak się dowiedziałam, że dopiero co wydali trzecią płytę. Mój mózg cały w popłochu począł składać tą informację, by w końcu dojść do wniosku – no dobra, posłuchajmy więc „Bread and Circuses”.

„Bread and Circuses” zaiste sprawiło, że moja niechęć spowodowana poprzedniczką, czyli „Which Bitch?” stopniała niczym październikowy przymrozek.  Album ten posiada „to coś”. Na pewno jest bardziej przemyślany niż poprzednie. Za to pozostała lekkość kompozycji i dobrze wbijająca sie w pamięć warstwa rytmiczna. Osobiście nie mogę się od niego oderwać i wolę nie myśleć co będzie jesli mi do sesji nie przejdzie ten dygot duszy.

The View – „Bread and Circuses” => polecam ;)

Popkultura jak żart Strasburgera

Po deszczowym piątku znowu ta sobota. Bardzo dobry czas na zebranie myśli. Wyjątkowo nie będą to rozkminy traktujące o mojej skrzywionej egzystencji. Skupmy się na muzyce. Jako, że ostatnimi czasy dość dokładnie przebadałam rynek muzyczny od podszewki, radość przeogromną sprawia mi słuchanie muzyki ot tak po prostu. Bez rozkimin o menedżerach, wytwórniach, polskiej radiofonii i telewizji, w której muzyka stanowi tak naprawdę trzecie tło, a słuchamy czy oglądamy w większosci śmietniki myślowe. Dzisiejszy dzień spędziłam więc na słuchaniu muzyki (z odrobiną bankowości, ale muzyki było więcej =]).

Na ruszt wrzucę tym razem tegoroczny debiut od Ruby Coast czyli album „Whatever This Is”doskonały przykład na to jak unikać banałów. Nagrany w legendarnym Hotel2Tango w Montrealu olśniewający debiut kanadyjskich indie rockowców zawiera wiele niezapomnianych piosenek, które rozgaszczają się w głowie przynajmniej na ładnych parę dni.
Pochodzący z Ontario, Ruby Coast jest jednym z najnowszych zespołów zasilających scenę indie popową.
Ich
pierwszy album,
„Whatever This Is” został wyprodukowany przez Howarda
Billermana (były perkusista Arcade Fire) i Briana Paulsona (Slint, Wilco).
W dzisiejszych realiach (żeby nie powiedzieć czasach) indie pop zdążył już być zamęczony prawie na śmierć, a nowe
zespoły chcące wejść do gatunku muszą stworzyć naprawdę dzieła wybitne jeśli chcą zostać zauważeni.
Ja już zauważyłam, Ruby Coast jest zdecydowanie zespołem, który trzeba mieć na na oku. Jest to bardzo łatwe do osiągnięcia chociażby ze wzlędu na to, że grupa udostępniła bezpłatnie cały album na swoim sajcie => www.rubycoast.bandcamp.com
Tak więc moi drodzy ściągamy i słuchamy ;)

Pauza muzyczna: