Miesięczne archiwum: Wrzesień 2011

O pobudkach czysto materialnych

Wycieczki krajoznawcze pod wezwaniem ludu pracującego. Otóż to mnie spotyka od czasu kiedy to postanowiłam kształcić umysł na praktykach w swej małej ojczyźnie znanej jako Łoseczusetts. W sobotę, zamiast wygrzebać się z łóżeczka w okolicach południa muszę zmienić współrzedne z 22°43′E 52°13′N na 21°03′E 52°09′N, by o 9:00 stawić się w pracy. Epicko. Chyba już nigdy się nie wyśpię :(

Relacja z końca świata vol.2

Od kilku dni wychodząc rano z domu do pracy mam przyjemność nurkować w piasku pochodzenia niewiadomego, który zalega na rozkopanym poletku do chodzenia tuż przed moją willą. Władza w Łoseczussets nie zasypia gruszek w popiele i wedle obietnicy, w roku pańskim 2011 wreszcie powstaje cywilizowane przejście dla pieszych, chodnikiem zwane. Lepiej późno niż wcale. Już od tygodnia dzielni robotnicy grzebią w tym piasku i coś wydziwiają, lecz efektów oprócz ogólnego chaosu nie widać. W sumie to się nie dziwię, bo czy w ciągu 6 godzin przerwy i dwóch godzin zastanawiania się czy krawężnik równo został postawiony można cos sensownego zdziałać? Przypuszczam, że wątpię. Ciekawe czy do zimy zdążą dokończyć te 20 metrów chodnika. Czas pokaże. Lecz zanim to nadejdzie… trwa  powrót do lat pacholęcych i zabawa w piasku :)

Słowo jest moją używką, moim narkotykiem, rozsmakowałam się w przedawkowywaniu.


Wydaje mi się, że dość dzikie przemiany w moim dość sfatygowanym przez różne wydarzenia mózgu mi nie służą. Z rozpaczliwym uporem utrzymuję się przy życiu dzięki myśleniu pełnymi zdaniami. Lecz nawet dzięki temu nie jestem w stanie sobie przypomnieć kto chodził ze mną do podstawówki.

Przegląd filmowy odc. 9 i 3/4

Nie wiem jak to się stało, lecz okrutną prawdą jest to, iż dawno nie pisałam o filmach. W ramach rozgrzewki i powrotu do starych dobrych nawyków naskrobię o trzech dziełach słów parę.

Czarny lód / Musta jää (2007)
Życie w zimnej Skandynawii musi być naprawdę przygnębiające i trudne. To tłumaczyłoby niesłychaną ilość dramatów docierających do nas zza drugiej strony Bałtyku. I chyba się nie gniewam za taki stan rzeczy, bo jak już coś dotrze, to w większości przypadków dobre jest.
Skomplikowany przypadek „Czarnego lodu” przywędrował z Finlandii. Kolejny film o relacjach małżeńskich, zdradzie i walce o prawdę. Część filmu oparta jest na starej sprawdzonej formie dramatu. Jest odnosząca sukcesy w miejscowym szpitalu doktor Saara, a wraz z nią troskliwy i opiekuńczy, trudniący się w profesji architekta mąż Leo. Jest również posiadająca ducha artystycznego ambitna studentka Tuuli. Wszystko jest w porządku dopóki bystry i czujny umysł pani doktor nie wyczuł, że coś jest nie tak. Od tej pory w filmie zaczyna się kombinowanie, mnożenie motywów, kłamanie na potęgę oraz mocne sceny. Miejscami odnosi się wrażenie, że tego wszystkiego jest za dużo. Logiki w „Czarnym Lodzie” trudno jest upatrywać, co nie przeszkadza zaliczyć tego dzieła do tych, które należy obejrzeć.

Nawet Deszcz / También la lluvia (2010)
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała w tym miejscu, że człowiek znany w świecie jako Gael García Bernal należy do ścisłej czołówki moich ulubionych aktorów. Zatem jeszcze przed obejrzeniem filmu wiedziałam, że w mniejszym lub większym stopniu przypadnie mi do gustu. Historia nie należy do przyjemnych i rozrywkowych. W „Nawet Deszcz” wykorzystano sztuczkę filmu w filmie. Opowiada on o ekipie filmowej, która realizuje produkcję o przybyciu Kolumba do Ameryki, a wszystko to na rozległych połaciach boliwijskich terenów. Do realizacji filmu zatrudniono rdzennych mieszkańców. Wraz z nimi ekipa przyjęła także ich jak się później okazuje niebłahe problemy.

„Nawet Deszcz” to film dla widza o większych wymaganiach niż plastikowe amerykańskie komedie romantyczne. Osobiście bardzo podobało mi się w nim to, że każda postać miała zbudowany własny, niepowtarzalny charakter i styl bycia. Nawet tłum posiadał swoją osobowość. Z kwestii minusowych produkcji, bo takich też można się sporo doszukać, zaliczyc nalezy przede wszystkim zbytnią ospałość, co skutkowało tym, że film STRASZNIE się dłużył. Z tego wynikało parę innych kwestii, o których opowiem może innym razem. Póki co marsz do kina kto jeszcze filmu nie widział ;)

C.R.A.Z.Y. (2005)
Niezwyczajny film o zwykłych ludziach poszukujących miłości i szczęścia. Niby banał, lecz „C.R.A.Z.Y.” do prostych nie należy. Dogłębnie dotyka dramatów rozgrywających się wewnątrz młodego chłopaka, który usiłuje pogodzić się z tym kim jest oraz z presją stylu życia wyznaczanego przez ojca. Znakomita obsada, stylizacje bohaterów, muzyka… Marc-André Grondin, Michel Côté i Danielle Proulx zaprezentowali mi jeden z najlepszych spektakli jakie widziałam ostatnio w filmie. Sprawiają, że człowiek naprawdę wczuwa się w przeżycia bohatera. Na uwagę zasługuje również genialny wręcz dobrór oprawy muzycznej. Ścieżka dźwiękowa jest niesamowita. Oferuje niezapomnianą lekcję muzyki z  lat 60. 70. i 80.
Dobrze poprowadzona historia pełna wzruszeń i emocji. Nie wolno przegapić! :)

O Wiesławie z Toporowa i nieuknionym elemencie starzenia

Dnia piątkowego, drugiego wrześniowego, po raz kolejny w moim dość monotonnym żywocie miałam okazję (a jakże!) opuścić Łosceczusetts w celu udania się do Chaty wuja Toma. O miejscu tym rozpisywałam się już niejednokrotnie, dlatego daruję sobie zbędne ceremoniały objaśniające i obejmę słownie to co mi maszeruje w myślach.

Otóż jak się okazało spotkałam tam Wieśka, człowieka nadzwyczaj doświadczonego przez życie. Swym miśkowatym charakterem i niezwykłą nieśmiałoscią nawet w wieku lat około 50 wzbudza ogólną sympatię ludzką (z wyjątkiem mojej osoby, bowiem nie przepadam za gadulstwem i dziwnymi docinkami tej postaci). Około godziny 13, po wielu godzinach bicia się z myślami, podchodzi do mnie Wiesław z Toporowa, przystaje, podnosi oczęta i poczyna mówić: „Ja Pani nie poznałem, zupełnie inna osoba”. Niestety już później nie opuścił obranych wcześniej współrzędnych i raczył mnie swoim towarzystwem i gawędą do samego wieczora. Nie wiem jak to zrobiłam, ale wytrzymałam.

Chyba naprawdę się zmieniłam, bo nawet znajomi mają problem z pojęciem, że Anecia to wciąż Anecia. A co dopiero Wiesiek, który ostatnio mnie widział rok temu. Czyżby starość nadchodziła?