Miesięczne archiwum: Maj 2012

Mistrz Stachura

Co noc

kiedy schodzą do knajp kolędnicy

na wódkę śledzia i dziwki

w dalekich miastach Orionu

Arlekin paznokcie gryzie do krwi

i szczury przyzywa

na piszczałkach swych nóg

To znak ze nie dosyć fioletu

zapachu mydła

chleba i łaskotania nozdrzy

A tam

kolędnicy

wchodzą w kufle złotego piwa

i zębami w uda żarłoczne

Trochę chemii

Składam się z selenu, potasu i krzemu – niezaprzeczalnie. Oprócz tych oczywistości brakuje mi w życiu magnezu, a skurcze w stopie lewej doprowadzają mnie do obłędu. To tyle z osobistych zwierzeń. Mam romans z zarządzaniem innowacjami i The Kooks, zatem zakończywszy.


Z cyklu: Gdzie noga Działaczki Podziemia stanęła

Byłam na końcu świata, tam gdzie zawraca wiatr, nie dojeżdża
komunikacja miejska, funkcjonuje druga strefa taxi, a dookoła są same pola z
pyrkami, kapustą i Bóg wie tylko czym jeszcze.

Warszawa, osiedle Górczewska. Autobus 105 zatrzymuje się na
szarym przystanku, który otoczony jest drzewami obleczonymi w gęste listowie, a
gdy poniesie się głowę do góry widać niebo, obłoczki, latające ptaki (i
samoloty). Czyż to nie piękne? Może i tak, ale dla takiego mieszczucha jak ja poniekąd
przerażające. Wysiadamy, szukamy świateł/zebry, aczkolwiek nic nie znajdujemy.
Zatem dziarskim krokiem przechodzimy przez jezdnię ot tak, po prostu. Wchodzimy w
ulicę: po naszej lewicy pole, po prawicy osiedle wypełnione blokami, a przed oczyma
ukazuje się niekończąca się droga. Z jednej strony wielkomiejskie życie, z
drugiej otwarta przestrzeń. Idziemy zatem tam, gdzie nas jeszcze nie było –
przed siebie. Droga po jakimś czasie się zwęża, a ścieżka rowerowa kończy.
W tym miejscu, w pełnym blasku słońca patrzę z niepokojem w przyszłość i
stwierdzam, że trzeba będzie w nią wkroczyć, co jest równoznaczne z  marszem przez polną drogę. Buty zakurzone do
granic możliwości, słońce przypieka, a ja się zastanawiam czy to przypadkiem
nie jest efekt udaru słonecznego. Okazuje się jednak, że nie, bowiem zza
zakrętu wyłania się znak zwiastujący nadejście 2 strefy taksówek, zatem czy
jesteśmy w dobrym miejscu? I chyba najważniejsze: gdzie nas ta droga
zaprowadzi? Zaprowadziła nas po długim marszu do trasy szybkiego ruchu, gdzie o
mały włos nie zostałam przejechana przez pędzące auto. Ale to nic, bo na
horyzoncie ukazał się już naszym oczom cel podróży. Pół godziny marszu i
jesteśmy na miejscu. Telewizornia wita.

W tym sezonie mogę z ręka na sercu powiedzieć, że
obskoczyłam znakomitą większość telewizyjnych talent show. Po co? Oczywiście
dla pieniędzy, ale mniejsza z tym. Po Got To Dance i Must Be The Music, wczoraj
przyszła pora na X-Factor. Byłam, obczaiłam, zasiliłam liczoną w setkach tkankę
publiczności klaszczącej i robiącej z siebie idiotów na rzecz wymuszonej dobrej
zabawy i doszłam do pewnych wniosków. Po pierwsze zero emocji, albo
przynajmniej zero w przybliżeniu. W studiu nagraniowym wszystko jest tak na
potęgę sztuczne, że w rankingu na nieprawdziwość i plastikowość, silikonowy
biust Christiny Aguilery może czuć się zagrożony. Cóż więcej? Ano kamery,
niewiarygodne zabawy ze światłem, dźwiękiem, autografy, fotoreporterzy, „sławni
ludzie”. Piszę „sławni” ponieważ nie pojmuję idei robienia sobie zdjęć (bądź
biegania po autografy) z osobą, która tak naprawdę słynie z tego, ze prowadzi
program rozrywkowy, albo po prostu pokaże się na paru imprezach dla celebrytów.
W szczególności nie rozumiem rozwrzeszczanych nastolatek z kompletnym parciem
na szkło, które chociaż wiedzą, że w programie na żywo pokażą co najwyżej
kawałek ich klaszczących rąk, to i tak stroją się jak choinki na Boże
Narodzenie, a spod ton tapety nie widać nawet ich rysów twarzy.

Telewizornia to bajka nie dla mnie, gdybym miała wybierać,
to po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że mój wybór padłby na radio -
gdzie nie ma  błysku fleszy, robienia
głupich min/figur/stylizacji i wyginania się do kamer. Radio w rozumieniu słowa
mówionego, które nie jest śmietnikiem zupełnie bezładnych wyrazów powodujących martwicę mózgu, zapchanym
muzyką czerstwą, od 20 lat dzień w dzień tą samą, która nie wywołuje żadnych
emocji oprócz odruchu wymiotnego.

PS. Droga powrotna okazała się już mniej skomplikowana, gdyż osoba, która dzieliła ze mną opisane wyżej przygody, nie zauważyła, iż zamiast przedzierać się przez pola i lasy, można było spokojnie chodnikiem dotrzeć na ten koniec świata, no ale cóż… Proza życia :)

Major ambition

Projekt X nabiera kształtów. Najwięcej problemów jak zwykle związanych jest z wymyśleniem nazwy, aczkolwiek przeczuwam przełom w tej materii.

Get a car, get a gun
Show the world what you have become
Fly hard having fun
Celebrate you’re finally one
Build up a heart of stone
Forget what makes you feel alone
Ain’t nobody save your soul
You’re on your own

 

Rzecz o szczęściu

W kręgu działaczy podziemia krąży ostatnio książka autorstwa Liz Hoggard ucząca ponoć szczęścia. Podobno, bo odkrywczego w niej nic nie ma. Jest parę definicji, kilka tabelek zachęcających do zmiany diety, apel by uporządkować sobie życie uczuciowe itp. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że książki powinno się czytać, ale tej nie polecam, bowiem szczęścia nie da się zapisać w formie poradnika. Zatem po co to wszystko? Przepis na szczęście sam się znajdzie. Przynajmniej u mnie się znalazł. Nawet jeśli oznacza to, że ciągle jestem ze wszystkiego niezadowolona, to dążę do czegoś. I chociaż wiem, że nigdy nie będę miała w jednej chwili wszystkiego co bym chciała, to mam nieziemską satysfakcję, bo nie stoję w miejscu. Odkrywam nieznaną rzeczywistość. Jestem szczęśliwa.

Pozdrowienia dla wszystkich robaczków, które maszerują ze mną w szczęścia pochodzie!