Miesięczne archiwum: Lipiec 2012

4.74

Wracajac z pracy intensywnie zastanawiałam się do jakiego sklepu wstąpić po drodze i nie zmarnować kolejnej godziny z mojego życia. Doszłam do wniosku, że jak wsiądę w okolicach Placu Zbawiciela do tramwaju 74, to dostanę się do sklepu bez konieczności półkilometrowego marszu (tak, zakwasy jeszcze nie odpuściły…). Wsiadłam zatem do pięknego, klimatyzowanego nowiutkiego tramwaju i spoczęłam sobie na samym końcu, tyłem do kierunku jazdy, tak by móc podziwiać przez panoramiczną szybę uroki stolicy. Ciuch, ciuch i w drogę! Na moje nieszczęście owa miejscówka była jedynym siedzeniem odwróconym tyłem w tej części tramwaju. Nie minęło wiele czasu zanim zorientowałam się, że tuż za tramwajem nr 74 podąża inny, linii nr 4, który o ironio zawiózłby mnie pod sam przybytek mieszkalny. Obrałam jednak inną taktykę i jej miałam zamiar się trzymać do końca.

W pewnym momencie moją uwagę przykuł motorniczy tramwaju o numerze 4, człowiek w wieku lat około 50 (znowu!), który zaczął do mnie dziwnie machać i ze wzrokiem zboczeńca słać w moją stronę [sic!] całusy i uśmiechy. Zrobiłam ruch okrężny glowy o 360 stopni i stwierdziłam, że chyba to było do mnie. Nie miałam siły wstać czy w jakikolwiek sposób zmienić współrzędne, zatem czekałam cierpliwie aż moje 74 skręci w prawo, a czwóreczka pomknie spokojnie prosto. Kosztowało mnie to 13 minut dziwnego zachowania pana zza szyby. Na przystaku, gdzie nasze drogi się rozjeżdżały motorniczy błagającym teatralnym gestem zaprosił mnie do przesiadki do jego składu, lecz się nie skusiłam. Do tej pory widzę rozczarowanie w jego oczach i to z jakim smutkiem macha mi na pożegnanie.

Dziwna sytuacja, zresztą kolejna. Znowu zaczynam przyciągać anomalie. A już myślałam, że los mi odpuścił.

W poszukiwaniu zaginionej Warszawy

To uczucie kiedy chcesz, a nie możesz. Kiedy autobus ładuje się na przystanek, a ty nie jesteś w stanie podbiec i do niego wsiąść przed zamknięciem się drzwi. I kiedy to wreszcie stare babki wyposażone tradycyjnie w torby na kółkach z niemalże kpiną wyprzedzają na chodniku twoją osobę. Do tej pory znane mi było pojęcie zakwasów, ale prawdziwy ich smak poczułam dopiero dzisiaj rano.

A zaczeło się niepozornie w piątek wieczorem, kiedy to wraz z trzema koleżankami postanowiłyśmy stworzyć Dream Team i wziąć udział w grze miejskiej. Pomyślałam sobie, że to super sprawa, rozruszam szarą istotę mózgu trochę, pozwiedzam warszawskie chodniki… I wszystko wydawało się w porządku do czasu przybycia do punktu startowego przy Centrum Nauki Kopernik w sobotę rano. Oczywiście ubrałam się jak na spacerek, podobnie jak reszta mojej załogi. Niestety wiekszość drużyn stanowili sportowcy odziani w obcisłe mroczne kalesony i specjalistyczne obuwie. I włśnie kiedy ich ujrzałam, uświadomiłam sobie, że to nie podchody, a zawody sportowe. Kto by pomyślał, Działaczka Podziemia na zawodach sportowych. Niemożliwe? A jednak!

25 km biegania po Warszawie, skakanie przez ogrodzenie na moście kolejowym, wyskakiwanie z pociągu niczym Ninja, wkręcanie drużyn przeciwnych, obmyślanie taktyki, wrzeszczenie na całe gardło w centrum miasta, wymachiwanie wariacko mapą, szukanie w pamięci wzoru na sól kuchenną, bieganie, bieganie i jeszcze raz bieganie. Jeśli myślicie, że komunikacją miejską jest szybciej, to jesteście w błędzie. Nogi jako jedyny słuszny środek transportu!

Niestetety ze sportowcami szans Dream Team nie miał, lecz liczy się to, że wykonałyśmy wszystkie zadania i dotarłyśmy do mety. Gra miejska to dużo dobrej zabawy połączonej z bólem jaki niesie ze sobą zmęczenie. I chociaż dzisiaj umieram i nie jestem w stanie zrobić paru kroków bez wydawania z siebie odgłosów bólu i rozpaczy spowodowanych mega zakwasami, to polecam wszystkim taką formę spędzania czasu.